Rzecz o niepodważalnym autorytecie rodzica, który czasami podważyć trzeba

Fot. Pixabay/[url=https://pixabay.com/pl/rodzina-love-rodzice-684652/]jujucampos11[/url] / [url=  http://pixabay.com/pl/service/terms/#download_terms]CC O[/url]
Fot. Pixabay/jujucampos11 / CC O
Jak to? – spytacie. A tak to. O autorytetach rodziców napisano już wiele. O tym, że są one podstawą do wychowania dziecka, a rodzic staje się autorytetem w sposób naturalny i w pierwszych latach dziecka przez nie niepodważalny.

Połechtanie rodzica
Bycie rodzicem, to także bycie autorytetem dla własnego dziecka. Ta świadomość pieści naszą duszę, dowartościowuje nas samych. Jesteśmy dumni z posiadanego autorytetu. To nic, że posłuch mamy u małego człowieka. Ważne, że w ogóle ktoś nas słucha, dzięki temu, czujemy się pewniej w roli rodzica. Łatwiej podejmujemy decyzje, zwłaszcza te wychowawcze. Bywa, że przekraczamy własne kompetencje, rozbestwiając się byciu ekspertem od wszystkiego. W sposób przesadny narzucamy dziecku swoje zdanie karząc je lub nagradzając zgodnie z własnym widzimisię.

Tyle tylko, że autorytet, choć pojawia się tak naprawdę niezależnie od nas, to jednak nie jest nam dany na zawsze, o czym przekonujemy się dość boleśnie, kiedy nasze dziecko zaczyna dorastać. To właśnie wtedy zostajemy zepchnięci z piedestału, a nasze miejsce zajmują koledzy, ulubieni muzycy, czasami nauczyciele.

Jednak nim do tego dojdzie szczerzymy zęby do swojego odbicia w lustrze wiedząc, że dziś, po raz kolejny, dla naszego dziecka będziemy nieomylni. Musimy tacy być, bo przecież autorytet tworzy między innymi podwaliny wychowania dziecka. Ono musi wiedzieć, kto wyznacza granice dając tym samym dziecku poczucie bezpieczeństwa.
Ważne, by budowany przez nas autorytet miał charakter pozytywny, pozwalał na zrozumienie potrzeb dziecka, nie ograniczał, nie karał niesłusznie. Trzeba jednak zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz. W całej tej układance autorytetem dla dziecka są dwie osoby – mama i tata. I tu dochodzimy do sedna. Bo skoro nasz osobisty, tak dla nas ważny, przygarnięty z przyjściem na świat dziecka autorytet musimy niejako dzielić z drugą osobą, to może pojawić się problem.


Rywalizacja autorytetów
W przykazaniach dobrego rodzica każdy ma chyba zapisane: „Najważniejsza jest konsekwencja i zgodność obojga rodziców przy podejmowaniu decyzji”, co dotyczy także kwestii zakazów, nakazów, karania i nagradzania. Chyba nic tak nie boli rodzica, jak podważanie jego racji przez drugiego, zwłaszcza, gdy dzieje się to w obecności dziecka.
Niepodważanie autorytetu rodzica przy dziecku to żelazna zasada, jednak dość często naruszana.

Lubimy pokazać, że to my mamy „większą” rację. Bycie autorytetem traktujemy jak rywalizację o to, kto okaże się ważniejszy, czyje zdanie będzie decydujące, jak choćby: „Kochanie, masz pół godziny na bajki” - mówi jedno, a drugie dodaje: „Oj tam nie przesadzaj, niech będzie 45 minut, prawda kochanie?”. Niby pierdoła, a jednak przy kolejnym razie role się odwracają i zostaje nadszarpnięty autorytet drugiego z rodziców. Dla mnie wygląda to trochę tak, jak wyścig o względy dziecka, na zasadzie: „ To mnie będzie bardziej kochało” – „A właśnie, że mnie”.

Nie skłamię, jeśli napiszę, że to kobiety częściej podważają autorytet ojca, niż odwrotnie. Uderza to w męską dumę. Ojciec z wyniesionych z domu wzorców ma być tym karcącym i wymagającym. Matki często łagodzą męskie decyzję, chcąc uniknąć łez córki bądź syna.

Przychodzi jednak taki moment, kiedy dziecko widzi pewną niezgodność, kiedy wyczuwa, gdzie osiągnie więcej. Pyta taty, czy może zjeść czekoladę, a kiedy ten odmawia, biegnie do mamy, gdzie uzyskuje zgodę bez problemu. Oczywiście funkcjonuje to w obie strony.
Ustalmy jedno – takie podważanie autorytetu faktycznie nie niesieni nic dobrego w wychowaniu dziecka. Brak mu stabilności, zupełnie nie rozumie, co złego jest w rozbieżnych decyzjach rodzica i dlaczego ono po raz kolejny jest przyczyną kłótni dorosłych.
Jeśli podważać, to mądrze
Rodzicielstwo wymaga kompromisów, ustalenia wspólnych zasad. Dziecko musi wiedzieć, że jeśli przybiegnie do mamy pytając czy może pograć na telefonie, a ona na to nie pozwoli, to odmowę usłyszy także od ojca. Każda rozbieżność, wątpliwość powinny być dyskutowane „na boku”, nie w obecności dziecka, które musi mieć pewność, że rodzice nie miewają odmiennego zdania.

Czy jest w ogóle możliwe? Gdy słyszmy jakieś zupełnie bezsensowne ukaranie dziecka, nieadekwatne do sytuacji, to mamy czekać na okazję, by przedyskutować tę kwestię z drugim rodzicem, zwłaszcza, gdy wiemy, że działał on pod wpływem emocji. Podobnie, gdy dziecko buntuje się przeciwko pomysłowi wspólnej zabawy: „Ale tato, ja chcę teraz rysować” – mówi córka, której tata wyskakuje nagle z fantastycznym (w jego mniemaniu) pomysłem spędzenia wspólnie popołudnia. Mamy siedzieć cicho i się nie wtrącać? Otóż nie. Autorytet autorytetem, ale sprawiedliwość musi być zachowana. Jeśli widzimy, że rodzic powiedzmy kolokwialnie „przegina” nadużywając rodzicielskiej władzy z różnych powodów, to warto zareagować.

- Mamo, tata zabronił mi do końca tygodnia oglądać telewizję, to niesprawiedliwe. Za to, że nie zrobiłem jeszcze zadania. Przecież siedzę nad nim, mówiłem ci, że jest trudne. Jak zareagować? Czekać na rozmowę z ojcem, poprosić na bok i po cichu wyjaśnić absurdalność kary? A może powiedzieć głośno: - Masz rację kochanie, to niesprawiedliwe, tata nie ma racji. Mina taty pewnie bezcenna, ale jeśli jest mądrym rodzicem, nie rozpęta awantury, tylko wysłucha opinii drugiej strony, pozna sytuację, by samemu móc stwierdzić, czy słusznie chciał ukarać dziecko.

Czy autorytet został podważony? Moim zdaniem nie, wręcz przeciwnie, tata potrafi przyznać się do błędu, a dziecko poczuje, że jego zdanie jest także ważne.
Autorytet należy podważać, gdy dopuszcza się nadużycia, kiedy krzywdzi dziecko (nie mówię tu oczywiście o przemocy fizycznej). Wtedy trzeba rozmawiać, wspólnie rozwiązywać trudną dla wszystkich sytuację, pokazywać dziecku, że nie ma osób nieomylnych, a rozmowa pozwala wypracować wspólnie kompromis.

Powodzenia!
Trwa ładowanie komentarzy...