"Zawsze rozważam wariant optymistyczny". Wywiad z Pierwszą Damą RP – Anną Komorowską

Anna Komorowska
Anna Komorowska Fot. Mateusz Trusewicz/ MamaDu.pl
W rozmowie z MamaDu o byciu mamą, żoną, o sprawdzonych przyjaciołach oraz tym, czy Prezydent Polski umie gotować mówi Anna Komorowska

Małgorzata Ohme: Pierwsze pytanie z pewnością należy do retorycznych, ale nie mogę nie spytać, kto Pani zdaniem wygrał niedzielną debatę?



Anna Komorowska: Cóż, większość komentatorów przyznaje zwycięstwo mojemu mężowi, ja zdecydowanie jestem w tej większości. Poza tym wiedziałam, że mąż da sobie radę.

Komentatorzy podkreślają, że Pan Prezydent podczas debaty pokazał swoją waleczną twarz, która ostatnio nie była widoczna. Czy Pani doświadcza tego autorytarnego charakteru swojego męża na co dzień?

Uważam, że mój mąż pokazał siebie takim jakim jest. Z jednej strony to ciepły, rozumiejący i serdeczny człowiek, a z drugiej jest prawdziwym „fajterem” I to nie są cechy, które nawzajem się wykluczają. Mój mąż, kiedy trzeba walczyć, to walczy, a kiedy można inaczej rozwiązywać problemy, to zachowuje się adekwatnie do zaistniałej sytuacji.

Jednak w przypadku niedzielnej debaty, chyba sam kontrkandydat Pan Andrzej Duda, był zaskoczony postawą Pana Prezydenta…

Te cechy mojego męża nie są cechami, które nagle się pojawiły. On jest taki, odkąd go znam.

A czy w relacjach prywatnych, rodzinnych, Pani małżonek jest raczej ciepły, czy jednak przywódczy?

Nie mamy sztywno podzielonych ról. Jesteśmy małżeństwem partnerskim od samego początku naszego związku. Tak się akurat składa, że każde z nas ma nutkę waleczności w sobie i od czasu o czasu chce postawić na swoim, czy przeforsować własne zdania. To jednak nie wyklucza ciepłych i serdecznych relacji rodzinnych. Jednak w związku z tym, że każde z nas ma w sobie dosyć dużo cech przywódczych, to nie ukrywam, bywa czasami trudno (śmiech).

Są Państwo dużą tradycyjną rodziną. Pięć lat temu, po zaprezentowaniu spotu, w którym nalewała Pani zupę, zarzucano Państwu patriarchalny model rodziny, gdzie mężczyzna jest głową, a kobieta zostaje zepchnięta do drugoplanowej roli. Jak jest naprawdę?

Równie dobrze tę zupę mógł nalewać mój mąż. Nie powiem, że jest tak, że w poniedziałki obiad podaję ja, a we wtorek maż, ale naprawdę często wymienimy się tymi rolami, funkcjonuje to w sposób zupełnie naturalny. Gdyby wtedy, podczas nagrania, przyszło nam do głowy, że ten spot zostanie tak zinterpretowany, to wówczas mąż nalewałby zupę (śmiech). A tak na poważnie, to ostatnią rzeczą, jaką bym o sobie powiedziała to to, że daję się zdominować.

A czy Pan Prezydent Komorowski umie gotować?


Coś potrafi, aczkolwiek nie jest to jego najmocniejsza strona… Może jakby miał więcej czasu… Jednego jestem pewna – pozostawiony sam sobie w kuchni nie da z głodu umrzeć tym, którzy pod jego opieką zostali.

Czy w Państwa rodzinie, kiedy dzieci były małe role były jasno podzielone? Pani była od przytulania, a Pani małżonek od wychowania?


Jeśli mam być szczera, to w wychowaniu ja byłam bardziej wymagająca. Z pewnością plusem wielodzietnej rodziny jest fakt, że część obowiązków wychowawczych przejmowanych jest automatycznie przez starsze rodzeństwo przeciwko czemu ci młodsi, oczywiście lubią się buntować.

Ja zawsze miałam poczucie, że starsze dzieci doskonale się opiekują rodzeństwem. I muszę się tu przyznać, że kiedy byłam bardzo zajęta, miałam wiele obowiązków, moje własne córki wzięły mnie na dywanik i zwróciły uwagę, że powinnam bardziej zająć się wychowaniem ich najmłodszej siostry. Powiedziały mi wówczas, że gdy one były małe, do głowy by im nie przyszło robić rzeczy, na które ja bezkarnie pozwalałam ich siostrze.

Przy tak licznej rodzinie, czy ktoś Państwu pomagał w wychowaniu dzieci? Babcie, ciocie, a może niania?

Sporadycznie tak, były babcie. One najczęściej zabierały dzieci na spacery, bo przy piątce maluchów trudno by wszystkie na raz były zdrowe i by z wszystkimi móc wyjść jednocześnie. Często kogoś gdzieś trzeba było odprowadzić, czy to na dodatkowe zajęcia, czy do logopedy. Czasami w wakacje któreś z dzieci było zabierane. Takiej pomocy doświadczałam, stałej nie miałam.

Jak Pani dała sobie radę z tym wszystkim?


Jesteśmy z mężem dumni z naszych dzieci, z tego kim są i co robią, jakimi wartościami i zasadami kierują się w życiu. I to jest chyba najlepsza odpowiedź na Pani pytanie.
Kiedy spotkała Pani po raz pierwszy Pana Bronisława Komorowskiego, poczuła Pani intuicyjnie, że to będzie Pani mąż?

A skąd. Po raz pierwszy spotkaliśmy się dokładnie w kwietniu 1970 rok w Puszczy Kampinoskiej. Moi koledzy, mówili o nim Szef. Zaprosili go na rajd, a ja potraktowałam jak kolejnego znajomego. Oboje nie zwróciliśmy na siebie jakiejś specjalnej uwagi.

Gdyby wtedy, w latach siedemdziesiątych ktoś Pani powiedział, że zostanie Pani żoną Prezydenta Polski, co by Pani odpowiedziała takiemu wizjonerowi?


Po pierwsze żyliśmy w zupełnie innych czasach. Mało kto wtedy przypuszczał, że w Polsce może powstać ustrój prezydencki. Wówczas był Przewodniczący Rady Państwa namaszczony przez kierującą partię. Myśl o prezydenturze była równa planowaniu wakacji na Marsie. Proszę pomyśleć, lata siedemdziesiąte, to głęboka komuna, o zmianach wówczas jedynie marzono, jak chociażby o rozpadzie Związku Radzieckiego.

Czy dzisiaj swoje życie dzieli Pani na te przed i po wyborach?


Czasami sobie żartuję mówiąc „w moim poprzednim życiu” (śmiech). Natomiast mam głęboką świadomość, że życie, jakie teraz prowadzimy jest nam dane na czas prezydentury. Od samego początku miałam w sobie silną determinację, by pamiętać, że jest to funkcja na pięć, może dziesięć lat. Po upływie tego czasu wrócimy do swojego życia. Z tyłu głowy stale pamiętam o tym, żebyśmy mieli do czego wrócić. Są też rzeczy, które przecież wcale się nie zmieniły - najbliższych przyjaciół ciągle mamy tych samych.

Państwa rodzina stając się rodziną prezydencką zmieniła się?

Mam nadzieje, że nie stoimy w miejscu i się rozwijamy, co dotyczy zarówno mnie i męża oraz naszych dzieci. Natomiast nie mam poczucia, że jestem zupełnie inną osobą, niż byłam pięć lat temu. Ten wielki zaszczyt bycia prezydencką rodziną zdarzył się, kiedy byliśmy już ukształtowanymi ludźmi. Owszem ostatnie pięć lat jest innych, ciekawych, fascynujących, jednak wobec naszych doświadczeń życiowych, nie mogło nas zmienić w jakiś diametralny sposób.

Prezydenckie żony często mówią o poczuciu osamotnienia. Czy czuje się Pani czasami samotną?

O samotności mogę mówić jedynie w sensie egzystencjalnym mając na uwadze, że wszystkie najtrudniejsze decyzje w życiu człowiek i tak podejmuje sam. Natomiast ja w ogóle nie czuję się samotną, na co wpływ z pewnością ma liczna rodzina i grono przyjaciół. Mam świadomość, że kiedy tylko poczuję potrzebę porozmawiania z kimś bliskim, to zawsze mam do kogo zadzwonić.


Właśnie, czy prezydentura stała się pretekstem do weryfikacji pewnych znajomości?


Trzon naszych przyjaciół stanowią osoby poznane przed kilkudziesięciu laty. W moim przypadku bywają to przyjaźnie, które nierzadko trwają dłużej niż moja znajomość z mężem (śmiech).

Spotykacie się Państwo ze swoimi przyjaciółmi?

Tak, oni przychodzą do nas, czasami spotykamy się u nich. Co prawda nie widujemy się tak często, jak kiedyś, bo to, co z pewnością zmienia prezydentura, to ograniczona ilość czasu na towarzyskie relacje. Dla mnie szalenie ważne było, aby nie stracić tego, co lubiłam w swoim poprzednim (śmiech) życiu.

A co Pani lubiła?

Lubiłam spędzać czas z przyjaciółmi.

Michelle Obama powiedziała kiedyś, że bycie Pierwszą Damą jest jednym z najfajniejszych zawodów świata. Też Pani tak uważa?

Skorygowałabym tę wypowiedź, bo bycie Pierwszą Damą to nie jest zawód. U nas jest to fascynująca działalność społeczna, która może dawać wiele satysfakcji i masę możliwości na zrobienie czegoś dobrego dla innych. Jest to rola bardzo wymagająca, ale też otwierająca wiele drzwi.

Będąc Pierwszą Damą z jakiej swojej działalności jest Pani najbardziej dumna?


W czasie tych pięciu lat miałam wiele powodów do satysfakcji, zarówno, gdy mogłam zrobić coś dobrego w wymiarze indywidualnym, ale też gdy uczestniczyłam w forsowaniu ważnych dla Polski projektów. Dumna jestem z programu „Dobry klimat dla rodziny”, który wspólnie z mężem zbudowaliśmy, angażując w niego rząd, samorządy i biznes - to dla mnie szalenie ważne. Wspieranie rodzin i tworzenie przyjaznych warunków do posiadania dzieci to dziś wielkie wyzwanie dla Polski – rozwiązania takie jak ulgi podatkowe, urlopy rodzicielskie, elastyczny czas pracy czy karty dużej rodziny, to konkretne kroki naprzód.

Bardzo też ceniłam sobie kontakty ze studentami uniwersytetów trzeciego wieku. Dużo radości sprawiło mi również pokazywanie Polski i polskiej kultury, moim, jak to określam, koleżankom z pracy (śmiech), czyli żonom prezydentów, czy głowom koronowanym. Nie jest tajemnicą, że szczególną wagę przykładamy z mężem do promowania dumy z Polski, takiego pozytywnego, radosnego patriotyzmu – uważam, że inicjatywy takie jak Majówka z Polską, promowanie biało-czerwonych barw i kokard narodowych czy wreszcie Święto Wolności 4 czerwca, w ubiegłym roku obchodzone na wyjątkowo dużą skalę z okazji 25-lecia przemian ‘89, to przedsięwzięcia, z których jestem naprawdę dumna.


Jak Pani pokazuje Polskę?


Jako kraj dynamicznych zmian, mimo bardzo trudnej historii Polacy potrafili przezwyciężyć przeciwności i stanąć w tym miejscu, w którym obecnie jesteśmy, a minęło zaledwie ćwierć wieku.

Jest pani kobietą, mamą…

I babcią proszę mnie nie pozbawiać tej cudownej roli. (śmiech)

Jak Pani postrzega zmiany, które zachodzą obecnie w Polsce w środowisku kobiecym?


Zmiany idą w bardzo dobrym kierunku, zataczają coraz szersze koła. Nie chcę tutaj lukrować i mówić, że wszystko jest dobrze, bo to nieprawda. Natomiast rośnie bardzo świadomość kobiet w Polsce i ich umiejętność zabieganie o takie rozwiązania, które dawałby Polkom szansę zrealizowania się w różnych rolach – zarówno zawodowej jak i rodzinnej. Ponadto widzę też, że coraz więcej Panów włącza się obecnie w wychowanie dzieci. Bardzo mnie to cieszy, gdyż sama wychowywałam synów ze świadomością, że kiedyś zostaną mężami i ojcami.

Co szepnie Pani do ucha mężowi przed kolejną debatą?


To samo co zawsze, co pięć lat temu: „Trzymaj się, nie daj się sprowokować”, a do kieszeni wsunę mu krzemień pasiasty z Gór Świętokrzyskich, który jest kamieniem szczęścia.

Jeśli Pani mąż zostanie ponownie Prezydentem, będzie Pani inną Pierwszą Damą?


Z pewnością większość moich dotychczasowych aktywności bym zachowała. Do moich priorytetów zawsze należeć będą: promocja polskiej kultury i edukacja kulturalna, wspieranie wszelkich inicjatyw rozwijających społeczeństwo obywatelskie, jak wolontariat i współpraca z organizacjami pozarządowymi, a także wspomniany wyżej radosny, nowoczesny patriotyzm. I polityka rodzinna - szeroko, systemowo rozumiana.

Wyciągam jednak wnioski i z pewnością byłyby rzeczy, na których skupiłabym się bardziej, jak chociażby na problemie sierot społecznych i kwestii rodzin zastępczych. Mam poczucie, że w tym temacie jest wiele do zrobienia.

A gdyby jednak się nie udało?

Zawsze zakładam wariant optymistyczny.

Ukończyła Pani filologię klasyczną, jaka jest Pani ulubiona łacińska maksyma?


Cokolwiek robisz, rób to z głową i patrz do czego zmierzasz.

Dziękuję bardzo
Trwa ładowanie komentarzy...