Jestem wypalona. Jak setki znanych mi ludzi. Udajemy

Fot. Flickr / [url=http://bit.ly/1HqpIFF]coloredgrey[/url] / [url=https://creativecommons.org/licenses/by/2.0/]CC BY[/url]
Fot. Flickr / coloredgrey / CC BY
„Dzień dobry, piszę ze świata wypalonych. Miesiąc temu pierwszy raz w życiu nie wstałam z łóżka. Zadzwoniłam do firmy i powiedziałam: mam grypę. Pracuje ponad 10 lat. Nigdy nie wzięłam zwolnienia. W ciągu ostatnich dwóch lat moja mama zmarła na raka, rozwiodłam się z mężem, nie walczyłam z nim o dziecko. Nie płakałam ani razu. Więc powiem wszystkim: płaczcie, kiedy trzeba, przeżywajcie kryzysy, bo inaczej któregoś dnia po prostu nie wstaniecie z łóżka. To cena za siłę. I perfekcjonizm".

Moja siła dziś to małe, kolorowe proszeczki. Tabletki oblepiające skołatane nerwy jak wata. Puk, puk, gdy je łykniesz już doprawdy niewiele więcej słyszysz. Lorafen, afobam– na to, by nie dostać napadu paniki na ulicy, trittico, żeby noc nie była tak długa i tak strasznie czarna. Wśród moich znajomych, zapracowanych ludzi sukcesu proszeczki to żaden dramat. Nosimy je w torebkach, trzymamy w kieszeniach, szafkach w pracy, wymieniamy się nazwami. Mówimy: „od tych się tyje", „od tych chudnie", „po tych zjedziesz intelektualnie". Pracuję w produkcji filmowej, ale znam poważnych architektów, prawników, którzy też bez chemii egzystują średnio.



Siła. Wystarczy, że ją masz. Wiesz to, prawda?
„Musisz być silna córeczko" powtarzała mama. „Ależ, oczywiście" powtarzałam za nią. To samo powtarzałam do tej pory swojej pięcioletniej córce. Uderzyłaś się w kolano? Bądź silna, Koleżanka jest niemiła? Bądź silna. Silna. No i bądź jeszcze miła. Złość nie przystoi. Osiągniesz wszystko co chcesz spokojem. No i osiągałam. Skończyłam studia, dostałam dobrą pracę w firmie producenckiej. Moje życie to do pewnego momentu seria pięknych i szczęśliwych przypadków. W pracy poznałam przystojnego i fajnego mężczyznę, oświadczył mi się, urodziłam córkę. „Świat należy do nas" lubił powtarzać.

Możesz wszystko, wiesz to prawda?
Tego nas dziś uczą, prawda? Że wszystko można zdobyć dzięki ciężkiej pracy, zachować też wszystko można dzięki niej. Szukałam potem w moim życiu luki, jakiegoś braku– nie znalazłam. Słowo. Matka uczyła – jesteś konsekwentna– dochodzisz do celu. Walczysz– wygrywasz. W naszym, rodzinnym, świecie nie było miejsca na wątpliwości. Rodzice prawnicy. Kolorowe uśmiechy przyklejone do twarzy, choć pustka rozbijała nasze ściany. Ale ściany były mocne. Nazywały się rodzina. Jednostka społeczna. Ile z nas żyje w tej mocnej fasadzie? Też mogłam tak żyć.

Choroby i nieszczęścia dotyczą innych. Wiesz to, prawda?
Pierwszy zgrzyt 2012 rok. Mama poślizgnęła się na schodach, bolał ją prawy bok. Po trzech tygodniach prześwietlenie. Kości w porządku, ale niepokojące zmiany na płucach. Na szybko kolejne badania. Telefony do klinik, lekarzy. I diagnoza: drobnokomórkowy rak płuc. Najbardziej złośliwa odmiana. Umarła w przeciągu czterech miesięcy. Z silnej, mocnej kobiety zmieniała się na moich oczach w bezradność. W słabość. W strach. W końcu w śmierć. To co było moją siłą– przestało nią być. Ale nie płakałam. Po pogrzebie poszłam do pracy, nagrywaliśmy wtedy reklamę. Ale zaczęłam mieć sny. Próbowałam je zabijać. Pieczeniem ciasta w nocy, bieganiem, jogą. Katowałam ciało, dorzucałam sobie pracy, a sny i tak przychodziły. Były o śmierci dziecka, o rozpadzie małżeństwa. O tym, że umieram– jak mama. „Jestem kretynką" powtarzałam sobie. Kretynką.
Nie musisz płakać. Wiesz to, prawda?
Gdzieś po drodze odkryłam zdradę męża. Seria banałów, które serialem są raczej kiepskim, prawdą okazują się druzgoczącą. Ona poznana w pracy, ona ciepła, ona miła. Jej SMS-y, zdjęcia w telefonie. „Wyprowadź się" poprosiłam. „Nie chcesz walczyć?" pytał. „O co walczyć?" mówiłam. Zawsze wiedziałam: zawód jest końcem relacji. Nie ma we mnie przestrzeni na przebaczenie, na szansę dla tych, którzy mnie zranili. To jest część siły. Bądź miła, ale patrz tylko do przodu. Podpisywałam papiery. To ci oddam, to zostawię. Z opieką nad córką, jak chcesz. Tak, oczywiście.

Miesiąc po jego wyprowadzce nie miałam siły bawić się z córką. „Ja nie mam siły bawić się z córką?!" Ja? Wstydziłam się, ale zadzwoniłam do naszej lekarki rodzinnej. „Potrzebuję spać" powiedziałam. „Potrzebuję wciąż mieć siłę". W gabinecie u pani doktor słuchałam o jej szczęściu rodzinnym. Zegar nieznośnie tykał w przedpokoju. Pociły mi się ręce. I pierwszy raz w życiu chciałam umrzeć. Proszki, które mi przypisała, popiłam starym sokiem jeszcze w samochodzie. Pół godziny później poznałam magiczny smak ulgi. Pół godziny i lęku nie ma. Tak działa współczesna chemia. Obiecuję.

Musisz walczyć. Wiesz to, prawda?
Mało o tym mówimy. O tych proszkach, które pozwalają nam żyć. Trwać przez kilkanaście godzin we względnym spokoju. Pozwalają wstać, zrobić śniadanie, pojechać do pracy. Robić te wszystkie rzeczy, które, gdy jesteś normalny, na normalnym etapie życie nie są żadnym problemem, ale gdy walczysz o każdy oddech– są jak zdobycie Monte Everestu.
„Co się z Panią dzieje" spytała terapeutka, w której gabinecie – za namową koleżanki– w końcu się znalazłam.
A ja milczałam. I strasznie się wstydziłam. Że jestem u terapeutki. Ja taka silna, taka mocna. Co mogło mnie tak rozbić? Śmierć matki, zdrada męża czy to, że wciąż muszę być silna? Że żyje w takich czasach, że nie mogę mieć kryzysu?
Nie wiem. Rytm mojego życia wyznacza teraz samotność. Samotność to piekło. I nie wie o tym nikt, kto nie budził się sam w pustym mieszkaniu, gdzie jedynymi głosami dochodzącymi do domu są odgłosy życia sąsiadów. Ich poranki, kawy, kłótnie i nerwowe zbieganie ze schodów. Samotność, gdy rozumiesz, że czyjeś: „sprzątnij ze stołu", „przynieś płatki" i „kto pierwszy do łazienki" to jest codzienność, której pragniesz, a której nie masz.

Dziś myślę: na nic nie mamy wpływu. Wpływ mamy może na siebie i na prawdziwą głęboką siłę, która jest zgodą, że może nas spotkać dosłownie wszystko. Kimkolwiek jesteśmy i na jakimkolwiek etapie życia się znajdujemy. Naprawdę niezwykle łatwo spaść ze szczytu. Byłam tam. I, ku…., nie wierz, że nie możesz znaleźć się na dnie.

Jestem wypalona. Jak setki znanych mi ludzi. Udajemy.
Trwa ładowanie komentarzy...