Gdy Ona zarabia lepiej... Byliśmy facetami, a o czymś takim mężczyźni ze sobą nie rozmawiają

Na pewnym etapie związku kłócimy się już tylko o pieniądze. Bo jest ich za mało? To też. Ale przede wszystkim dlatego, że jesteśmy więźniami stereotypów. Wszyscy.

W starych, dobrych czasach mojej młodości w latach siedemdziesiątych, to by było nie do pomyślenia. Facet rano wypalał papierosa, zjadał śniadanie, wrzucał szklankę z niedopitą kawą do zlewu, brał teczkę i wychodził do pracy. Nie zastanawiał się, czy dziecko ma z kim zostać, co żona zje na obiad, albo czy przypadkiem ona nie zacznie zarabiać więcej od niego i nagle przestanie go szanować. Nie zarabiała więcej, bo była kobietą. Z tego samego powodu czuła się w obowiązku, by zapewnić dzieciom opiekę, a całej rodzinie – chociaż jeden gorący posiłek dziennie.


Nie. Nie tęsknię za tamtymi czasami
Jestem entuzjastą równouprawnienia i seksistowskie amerykańskie reklamy z lat pięćdziesiątych nawet mnie nie śmieszą, tylko napełniają zgrozą. Ale… (zawsze musi być jakieś „ale”) mam nieodparte wrażenie, że kobiety korzystają ze zdobyczy nowoczesności w sposób wybiórczy. Zaakceptowały bez większych oporów fakt, że zarabiają tyle co faceci i nie obwiniają się pochopnie o brak obiadu dla dziecka, jednak w kwestii utrzymywania rodziny zdecydowanie opowiadają się za modelem konserwatywnym.

Nawet te najbardziej „postępowe” odczuwają dyskomfort, gdy ON zarabia zdecydowanie gorzej. A co dopiero gdy ON traci pracę i nie zarabia w ogóle?

Wśród moich znajomych to prawdziwa plaga
Do czterdziestki pięli się systematycznie po szczeblach kariery. Zarabiali coraz lepiej – nie, żeby jakieś kokosy, ale na spłatę kredytu, fajne wakacje dwa razy w roku i sushi w sobotni wieczór – spokojnie wystarczało. I niemal bez wyjątku, zarabiali lepiej od swoich żon, co miało swoje bardziej, lub mniej trywialne uzasadnienie (ONA jest młodsza, rodziła dzieci, miała niższe stanowisko w firmie lub pracowała w budżetówce). Pierwszą falę kryzysu w 2008 roku przeszli zazwyczaj bezboleśnie. Wiadomo – Zielona Wyspa. Potem jednak coś się zaczęło psuć.
Pracodawcy poczuli krew
Uważniej zaczęli przyglądać się listom płac. Cięli ostrożnie, żeby nie wywoływać paniki, ani nie podpaść pod paragraf „zwolnienia grupowe”. Moi kumple się trochę z tego nerwowo podśmiewali, bo przez dwadzieścia lat pracy przeżyli już kilka podobnych „kryzysów”. Wtedy pracodawcy, dla uspokojenia zagranicznych akcjonariuszy, którzy domagali się cięć, żeby ochronić swoje dywidendy, powyrzucali kilku obiboków i skasowali wyjazdy integracyjne i było po kłopocie. Gospodarka po paru miesiącach odbiła i nawet premii rocznej nie trzeba było obniżać. Teraz jednak – miało być inaczej. Cięcia były głębsze i robione tam, gdzie można było szybko uzyskać spektakularne wyniki. Jednym słowem, pojechano po dobrze zarabiających fachowcach, a na ich miejsce przyjęto żółtodziobów za jedną trzecią pensji.


Świat się nie zawalił, a firmy odnotowały miłe zyski
Tylko moi kumple stracili pracę. A między nimi Hubert. Wpadłem na niego w eleganckiej Biedronce przy Nowym Świecie. Była godzina trzynasta i każdy normalny człowiek o tej porze siedział w pracy. Kupiliśmy po piwie i poszliśmy pogadać.

– Na początku każdy w takim momencie czuje ulgę – zaczął odbijając kapsel zapalniczką. – Po latach kieratu nadeszło wyzwolenie. Hurra! Koniec z uwłaczającym ludzkiej godności płaszczeniem się przed szefem. Koniec z dupogodzinami i dojmującym uczuciem, że porastam mchem w jednym miejscu, a życie jest gdzie indziej. Koniec z pensją strzykającą regularnie na konto co miesiąc…

Zamilkł na chwilę, a potem opowiedział historię, którą słyszałem już zbyt wiele razy. Na początku, po wywaleniu z pracy jest szok, ale szybko przychodzi myśl, że w sumie nie jest tak tragicznie. Jakieś drobne oszczędności są. Kumple klepią po plecach i z przekonującym wyrazem twarzy pocieszają: „stary, jesteś fachowcem? No przecież jesteś! Dostaniesz jeszcze lepszą robotę, za więcej kasy. Są tak dobrzy w pocieszaniu, że przez moment w to wszyscy wierzą.

A potem mijają tygodnie i telefon nie dzwoni
Zniecierpliwiony „świetny fachowiec” sam więc dzwoni w parę miejsc. Wysyła CV. Odbija się od kolejnych drzwi. W domu ma pełne wsparcie. Żona mówi mu: Misiu, jesteś najlepszy! Dasz radę! Jakby się bała, że jeśli tego nie powie, to skoczy pod pociąg. A potem okazuje się, że to ona dostaje w pracy podwyżkę. Oddychają z ulgą, bo w międzyczasie zaskórniaki się skończyły, a rata kredytu boleśnie wzrosła o całe pięćdziesiąt złotych. Kiedyś by nawet tego nie zauważyli. Teraz facet odbiera od banku nerwowe sms-y, że „automatyczna spłata nie powiodła się. Prosimy uzupełnić środki na koncie”. Jasne, uzupełnić. Ale skąd?

Więc to Ona przejmuje spłatę kredytu. Ale jakby się rzadziej uśmiecha. Znów, po paru miesiącach przerwy, idą w sobotę na sushi. Gdy kelner przynosi rachunek, następuje zbyt długa chwila ciszy, a potem ona, z westchnieniem sięga po torebkę i płaci kartą. I facet już to wie, że w jej oczach jest skończony. W zasadzie może się już pakować. Albo historia mojego kumpla – Marcina, dobrego dziennikarza, który po tym, jak stracił etat w dużym koncernie medialnym (redukcje), dostał propozycję robienia fuch na „śmieciówce”

Tu trzysta złotych, tam pięćset
Jakiś projekt, który nigdy nie ujrzał światła dziennego, ale potrzebowali murzynów do roboty. A w piątek wieczorem, po tygodniu tyrania usłyszał od żony jedynie cierpkie słowa: „Czy zdajesz sobie sprawę, że zarobiłeś w tym czasie mniej niż opiekunka do naszego dziecka? To już może lepiej zostań z małym. Zaoszczędzimy na niani”.

Dla faceta takie słowa są jak chlaśnięcie biczem
Tydzień później zamknął wszystkie swoje sprawy w Polsce i kupił bilet na Ryanaira do Anglii. Bo tutaj każda praca poniżej kwalifikacji byłaby jak wyrzut sumienia. Dowód na to, że mu coś w życiu nie wyszło. Każdego dnia by o tym myślał. A od takich myśli można zwariować. A na Zachodzie z kelnerowania, czy wożenia palet wózkiem widłowym, podobno można mieć całkiem przyzwoite pieniądze. Odbierając wypłatę czuł się człowiekiem, a nie śmieciem. Na dzień przed wylotem wpadł do naszej ulubionej kawiarni. Powiedział, że żona zostaje w Polsce. Ma dobrą pracę, kierownicze stanowisko. Nie zapytałem go, czy ich życie seksualne ucierpiało w ostatnich miesiącach tak bardzo, że w zasadzie im obojgu już było wszystko jedno czy są ze sobą, czy nie. Byliśmy facetami, a o czymś takim mężczyźni ze sobą nie rozmawiają.

Zamiast tego poprosiłem, żeby podesłał mi mailem namiary na jakąś robotę w Anglii. Bo każdy facet bez stałego etatu myśli o emigracji tak często jak nastolatek o seksie. A może i częściej…
Trwa ładowanie komentarzy...