Jak stałem się przestępcą, ale dziecko uratowało mnie od więzienia

Nie pamiętam co zrobiłem z tym mandatem. Pewno wrzuciłem do schowka w samochodzie i zapomniałem. Po trzech latach okazało się, że to był spory błąd.


– Policja!

A potem nieco łagodniejszym tonem:

– Pan Sergiusz? Proszę otworzyć!

No to otworzyłem. Czemu nie miałbym otworzyć swojemu dzielnicowemu? Mieszkam tu już trzy lata i kilka razy mijaliśmy się pod blokiem. Raz nawet pogadaliśmy o dzieciakach. Dzielnicowy to fajny chłop. Tym razem był w towarzystwie młodszego aspiranta. Obaj mieli miny mocno zafrasowane.

– Pan Sergiusz? Syn… urodzony w Warszawie w roku… zamieszkały…
– Panie dzielnicowy, no co pan… Przecież pan wie, że ja, to ja. Może herbaty się panowie napiją? Albo kawkę? Wody? Gorąco się wreszcie zrobiło, choć w górach podobno jeszcze leży śnieg…

Popatrzyli tęsknym wzrokiem na butelkę mineralnej, stojącej na stole, ale zgodnie pokręcili głowami. Służba nie drużba…

– Chodzi o to, że mamy nakaz zatrzymania pana i doprowadzenia do aresztu na Grochowie. Proszę spojrzeć: „Sąd zarządził wykonanie zastępczej kary pozbawienia wolności wobec nie uiszczenia grzywny w wysokości 100 zł”.

Spojrzałem. Czarno na białym tak właśnie było napisane. Ale uwierzyć trudno.

– Nie rozumiem. Nie zapłaciłem jakiegoś mandatu… – pochyliłem się nad podsuniętą mi przez dzielnicowego kartką – …trzy lata temu i za to mam pójść do więzienia?

– Przecież wszystko pan rozumie! – Ucieszył się dzielnicowy – To pewno jakiś fotoradar, albo za parkowanie od straży miejskiej, bo coś niska ta grzywna. Ma pan stałą pracę?

– W dzisiejszych czasach?

– No widzi pan. Jak nie ma stałej pracy, to sąd uznał, że nie ma jak ściągnąć tej grzywny i musi pan swoje odsiedzieć. Proszę wziąć ze sobą dowód osobisty i spakować rzeczy osobiste. A z kim pan zostawi dziecko?

DZIECKO!

Chruczek lat 1 i 3/4 stał na bosaka, z butelką soczku w dłoni i uśmiechał się do policjantów.
Dopiero teraz się zdenerwowałem.
– Panowie, no nie wiem! Żona w pracy. W korpo, więc na pewno przed 19-tą nie ma szans, żeby ją wypuścili. Jedna babcia 350 kilometrów stąd. Druga w Warszawie, ale…

– W Warszawie? – Ucieszył się dzielnicowy – No to dzwoń pan po nią!

– Nie da rady – westchnąłem – pracuje. Sami wiecie jak to jest: dzisiejsze babcie, to nie są babunie z naszego dzieciństwa. Są kobietami aktywnymi, dziarskimi, spełniającymi się zawodowo. Taka babcia może wziąć małego w niedzielę do teatru, na Służewiec na wyścigi, chyba, że akurat skacze na bungee, albo wędruje po Antyatlasie w Maroko.


– A co się małemu zrobiło na buzi? Jakaś wysypka? – młodszy aspirant pochylił się z troską nad Chruczkiem, który grzecznie podał mu butelkę z soczkiem. Pewno uznał, że pan policjant wygląda na spragnionego i chce łyka.

– No nie mam pojęcia. Coś mu dwa dni temu wyskoczyło na policzkach. Taka jakaś kaszka, a buzię ma jak tarka.

– Moja Hania miała to samo. Pewno od słońca.

– Możliwe. – Przytaknąłem.

– Czym pan smaruje?

– Tym samym co odparzenia na pupie od pieluszek. Pewno to niedobrze? Powinienem kupić coś specjalnie do wysypki na twarzy? – Zaniepokoiłem się.

Wzruszył ramionami.

– Ja nie wiem. Żony się pan zapyta.

No tak… Kobiety wiedzą wszystko. A jak nawet nie wiedzą, to na pewno coś mądrze doradzą.

– Może ja małego ubiorę i razem pójdziemy – zaproponowałem. – To na pewno jakieś nieporozumienie. Szybko wyjaśnimy i…

– Nie ma mowy! – Krzyknęli jednym głosem.

– Pan sobie sprawy nie zdaje ile to jest papierkowej roboty przy takim zatrzymaniu. – Dzielnicowy pokręcił głową z dezaprobatą. – Właściwie to już nie mamy czasu, bo za trzy godziny kończymy służbę. Szczerze mówiąc nie spodziewaliśmy się, że pana zastaniemy. Przecież przez domofon mówiliśmy, że policja, i że pana szukamy…

Po kilku sekundach do mnie dotarło, że popełniłem grubą nieprzyzwoitość wobec zarobionych stróżów prawa. Dali mi szansę. Mogłem powiedzieć, że nie ma mnie w domu. Albo w ogóle nie otwierać. Porządny przestępca tak właśnie by zrobił. I wszyscy byliby zadowoleni.

– To co robimy? – Młodszy aspirant spojrzał pytająco na dzielnicowego.

Jego starszy rangą kolega na moment zamyślił się stukając czubkami palców w szkło zegarka na lewym przegubie.

– Nie było nas tu – westchnął cicho. – To znaczy byliśmy, ale pana tu nie było. Dowie się pan, niby od sąsiadów, że policja pana szuka i sam się jutro zgłosi na komisariat, żeby sprawę wyjaśnić. Ja dziś zadzwonię do sądu i dowiem się, czy można zamienić areszt na tę grzywnę. Proszę wziąć ze sobą na wszelki wypadek te sto złotych. Jeśli się zgodzą, to w mojej obecności wpłaci pan na poczcie stówę i sprawa będzie załatwiona.

– Nie można było tak od razu?

Pokręcił głową.

– Jak mamy nakaz doprowadzenia, to musimy doprowadzić. Takie jest prawo. Ale przecież jesteśmy ludźmi. Też mamy dzieci… Niech się pan zgłosi o czternastej. Bo jutro mamy służbę na popołudnie. Tylko niech pan nie zapomni, bo…

– Nie zapomnę – zapewniłem szybko.

I nie zapomniałem. Chruczkowi bardzo się komenda policji podobała. Była większa i bardziej nowoczesna, niż komisariat w centrum Bukaresztu, w którym spędziliśmy kiedyś pół dnia, po tym, jak w taksówce zostawiłem plecak z paszportami i pieniędzmi. Ale to już zupełnie inna historia.
Trwa ładowanie komentarzy...