"Dzieci są bardziej wymagającymi czytelnikami, one powiedzą, gdy coś im się nie spodoba"

Fot. Archiwum prywatne / [url=https://www.facebook.com/pogotowiekazikowe/photos_stream?tab=photos_stream]Facebook[/url]
Fot. Archiwum prywatne / Facebook
O bankowcu, który został pisarzem... Tym zdaniem mogłaby zaczynać się pewna historia i podobnie jak książki Łukasza Wierzbickiego, byłaby oparta na prawdziwych wydarzeniach.

Ewa Raczyńska: Spytam banalnie – zawsze chciałeś zostać pisarzem?

Łukasz Wierzbicki: Bardzo często wieczorami nie mogłem zasnąć, głowę miałem pełną pomysłów, a przed moimi oczami przesuwały się różne obrazy. Grzebiąc widelcem w talerzu między ziemniakami a sosem widziałem ośmiornicę i bitwę morską. Nie wiedząc, co z robić z tym, co podsuwa mi wyobraźnia, usiadłem pewnego dnia przy stole i postanowiłem napisać książkę. Miałem wtedy sześć lat. W mojej pierwszej książce rycerze walczyli ze sobą od pierwszej do ostatniej strony. Dwa lata tworzyłem kolejną powieść. Później coraz mniej miałem na tworzenie czasu, trzeba było iść do szkoły.

Czyli od początku prosta droga do zostania pisarzem? Studia polonistyczne?

Cóż, muszę Cię rozczarować. Ukończyłem Akademię Ekonomiczną, ale już na studiach czułem, że to nie jest dziedzina, dla której jestem stworzony. Pomyślałem, że może jak zacznę pracę w banku, to będzie lepiej. Nie było. Jednak do dziś szanuję pracowników banków, bo wiem, że to ciężka praca.

Skąd zatem wziął się Wierzbicki – pisarz, a nie bankowiec?

Być może nadal siedziałbym w banku, gdyby nie to, że w dzieciństwie słuchałem swojego dziadka. Jestem żywym przykładem na to, że dziadkowe opowieści mogą zmienić nasze życie. Tak stało się ze mną. To od dziadka usłyszałem opowieść o Kazimierzu Nowaku, który rowerem przemierzył Afrykę. Pewnego dnia, pamiętając tę historię, zacząłem się zastanawiać, czy dziadek przypadkiem jej nie zmyślił, przecież nigdy nie powstała książka opisująca wyprawę Nowaka.


Wybrałem się do poznańskiej biblioteki i zacząłem szukać gazet, w których znajdowały się informacje o tej niesamowitej wyprawie, zdjęcia i opisy. Nie sądziłem, że taka prosta opowieść, mało wystrzałowa okaże się tak interesująca dla szerszego grona czytelników. Najpierw powstała książka dla dorosłych, a później opowiedziałem o Kazimierzu Nowaku dzieciom, tak jak mój dziadek opowiadał tę historię mnie.

Następnie przyszedł czas na niedźwiedzia Wojtka?

Tę historię usłyszałem od mojej sąsiadki będąc u niej na kawie. Powiedziała: „Łukasz, ta opowieść jest lepsza od tego twojego Kazika, musisz ją opisać.” Kiedy zobaczyłem zdjęcie misia w towarzystwie polskiego żołnierza, wiedziałem od razu, że zostanie on bohaterem mojej książki. Wyobrażasz sobie - niedźwiedź, który służył w korpusie generała Andersa i pomagał żołnierzom podczas bitwy pod Monte Casino? Ta historia była tak interesująca, że nie zastanawiałem się nawet, czy ktoś to wyda. Musiałem ją napisać.

Stałeś się specjalistą od opisywania językiem dla dzieci prawdziwych wydarzeń?

Trochę tak. Kolejną, którą opisałem: „Wyprawa niesłychana Benedykta i Jana” to opowieść zasłyszana kiedyś od kolegi, o pierwszym polskim podróżniku. Kiedy wydawało mi się, że kolejnej nie znajdę otrzymałem telefon z zaproszeniem do Gdańska. Czekała tam na mnie skrzynia z listami, zdjęciami, opisami podróży poślubnej Halinki i Stacha, którzy ponad osiemdziesiąt lat temu udali się do Chin.
Łatwiej pisze się książkę dla dzieci niż dla dorosłych?

Dzieci są bardziej wymagającymi czytelnikami, one powiedzą, gdy coś im się nie spodoba. Kiedy pisałem „Afrykę Kazika” bardzo się bałem, bo nie miałem wówczas swoich dzieci, w ogóle mało miałem z dziećmi do czynienia. Przygotowując się do opisania tej historii językiem mi nieznanym zacząłem czytać książki dla dzieciaków, ale nic mi to nie dawało, gdyż nie chciałem powielać stylu innych autorów. Musiałem odnaleźć dziecko w sobie, obudzić je.

Dzisiaj pewnie „Afrykę Kazika” napisałabym inaczej, chociażby z tego względu, że mam większe doświadczenia w kontaktach z dziećmi. Z pewnością śmielej pozwałabym sobie na humor, którego wtedy się bałem. Pisząc o misiu Wojtku już wiedziałem, że jeśli użyję słowa „gacie”, dzieci będą zachwycone. Przy kolejnych książkach postępowałem już bardzo świadomie.

A co, jak te prawdziwe historie się skończą?

Bez obaw. Obecnie powstaje książka o mitach słowiańskich. Czułem wewnętrzną potrzebę stworzenia innego formatu. Nie ma co ukrywać, że książki podróżnicze są do siebie podobne, oparte na zbliżonym schemacie. Nie chciałbym kiedyś usłyszeć: „No tak Wierzbicki, idzie na łatwiznę i tworzy kolejną opowieść o podróżniku, setną wersję Kazika”. Dla mnie pisanie w nowej formule jest zupełnie nową przygodą i cieszę się, że po podróżach znalazłem nową pasję. Mitów słowiańskich właściwie nie znamy, a przecież są częścią naszej historii. Chciałbym je przybliżyć młodszym czytelnikom.

Dzisiaj niemal codziennie spotykasz się z dziećmi…

Tak. Pamiętam swoje pierwsze spotkanie. Kiedy „Afryka Kazika” była już gotowa, okazało się, ze mam spotkanie w kinie z niemal setką dzieci. Tydzień się przygotowywałem, a kiedy wróciłem do domu, żona spytała: „Jak było”, odpowiedziałem, że nie wiem i że na nic nie mam siły (śmiech). Dzisiaj jest już łatwiej. Moje spotkania dojrzały, choć czasami zastanawiam się, dlaczego bolą mnie ręce… Tak potrafię nimi wymachiwać. Chcę dzieciom moimi książkami i opowiadaniem o nich przekazać, że warto odkryć w sobie coś, co napawa nas uśmiechem, sprawia, że pojawia się błysk w naszym oku, że marzenia naprawdę mogą się spełnić. Tak jak spełniło się moje. Zostałem pisarzem.
Łukasz Wierzbicki, autor książek dla dzieci. W niesamowity sposób opisuje historie, które zdarzyły się naprawdę, a o których mało kto pamięta, a nawet wie. Jest twórcą „Pogotowia kazikowego”, czyli spotkań autorskich z dziećmi, młodzieżą, a bywa, że i z dorosłymi, podczas których w fascynujący sposób opowiada o bohaterach swoich książek.
Trwa ładowanie komentarzy...