"Nie dość, że sama sobie jestem szefem, to jeszcze nieźle na tym zarabiam". Marlena Wróblewska, czyli matka-blogerka

Fot. Archiwum prywatne
Marlena Wróblewska, czyli makoweczki.pl. O blogu, dzieciach, pieniądzach i hejcie. Czy blogerka, to zawód?

Karolina Przyłuska: Skąd pomysł na bloga o tematyce modowej?

Marlena Wróblewska: Pomysł na bloga makoweczki.pl podsunął mi mąż. Byłam w dość trudnej sytuacji, bo chciałam wrócić do pracy i okazało się, że moja mama nie może zająć się naszą córeczką. Mąż powiedział wtedy, że może wykorzystamy moje doświadczenie w byciu mamą. Nie bardzo wiedziałam, o co dokładnie mu chodzi, ale spodobał mi się ten pomysł.



Byłam mamą, która poszukiwała i wynajdywała ciekawe gadżety dla maluchów oraz modne i ładne ubrania dziecięce. Zaczęłam się więc zastanawiać, dlaczego by nie podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem z innymi rodzicami. Jednak wizja założenia bloga była dla mnie dość abstrakcyjna. Nigdy wcześniej nie interesowałam się i nie śledziłam tego, co na bieżąco dzieje się w internecie.

Ostatecznie zostałam w domu i - szczerze mówiąc - to trochę z nudy i potrzeby realizacji własnych ambicji, zajęłam się prowadzeniem bloga. Nie wystarczało mi siedzenie z dziećmi w domu przez 24/7. Musiałam skupić się na jakimś własnym projekcie. Jako mama czułam się spełniona, ale wciąż brakowało mi jakiejś aktywności. Czegoś, co by mnie nakręcało i powodowało, że będę czuła się spełniona, także jako kobieta biznesu.

Ktoś pomaga Pani w prowadzeniu bloga?

Nie, w zasadzie sama wszystko robię. Sama piszę i sama robię zdjęcia. Mąż pomaga mi jedynie od strony graficznej i technicznej. Chociaż w zasadzie to od początku mnie wspiera, dzielimy się obowiązkami domowymi. A w pierwszym roku prowadzenia bloga, gdy zazwyczaj pisałam wieczorami, on zajmował się dziećmi i mnie odciążał. Zdecydowanie jest moim wsparciem.

Ciężko jest połączyć blogowanie z macierzyństwem?

Nie. Absolutnie nie! W zasadzie jest to bardzo proste. Pracuję zdecydowanie mniej niż kobieta na etacie, bo to zaledwie kilka godzin. Nie mam nad sobą szefa, więc mogę brać urlop wtedy, kiedy mi się zachce. Gdy mam ochotę spędzić z dziećmi dzień poza domem, to po prostu wychodzę. Jedynie przez pierwszy rok pracowałam w domu z córką i synem. Bez problemu dawałam sobie radę z blogowaniem i wychowywaniem dzieci. Zwłaszcza, że maluchy są związane z blogiem.
Wspomina Pani o dzieciach. Nie uważa Pani, że zamieszczając zdjęcia na blogu narusza Pani ich prawo do prywatności?

Hmm, być może w pewnym stopniu tak. Po prostu na chwilę obecną nie uważam, że jest to koniec świata. Zazwyczaj gdy słyszę o zagrożeniu prywatności dzieci, to są to pytania dziennikarzy. Często są tego ciekawi. Zawsze odpowiadam, że nigdy nic złego w tej kwestii mnie nie spotkało, oprócz głupich pytań. Proszę wybaczyć, ale tylko media poruszają ten temat.

Najczęściej spotykam się z pozytywnymi reakcjami. Ktoś nas pozna na ulicy, podchodzi, chwilę porozmawia, zapyta o wpisy blogowe. Zdjęcia, które zamieszczam są autentyczne i ładne. Dzieci są na nich kompletnie ubrane i nie można im zarzucić, żeby w jakikolwiek sposób je krzywdziły lub ośmieszały.

Od początku wiedziała Pani, że to dochodowy biznes?

Nie, nie wiedziałam w ogóle, czego mogę się spodziewać. Nie zakładałam, że kiedyś będzie to moja praca, na dodatek dość dochodowa. To jest miła niespodzianka i spełnienie marzeń. Nie dość, że sama sobie jestem szefem, to jeszcze nieźle na tym zarabiam.

W takim razie ile Pani zarabia?

Na pewno jest to wielokrotność tego, co mogłabym dostać pracując normalnie 8-9 godzin dziennie.

Na początku zamieszczała Pani same zdjęcia. Teraz pojawiają się także wpisy.

Mój blog jest jak moje dzieci. Z czasem rośnie i dojrzewa. Na początku skupiałam się na problemach związanych z malutkim dzieckiem, ale z czasem, jak dzieci rosną, zmienia się także tematyka bloga. Już nie pamiętam o zupkach, kupkach itd. Za moment syn idzie do szkoły i będę pisać o przygotowaniach do pierwszej klasy, o badaniach logopedycznych i tym wszystkim, co będzie się działo.

Oczywiście, ja także się rozwijam, uczę się nowych rzeczy, zbieram doświadczenie. Dzisiaj inaczej patrzę na blogosferę, niż rok temu. Ostatnio wróciłam do moich starych wpisów i na ich podstawie widzę jak zmienił się mój blog. Ale to właśnie świadczy o moim rozwoju i o tym, że uczę się nowych umiejętności i coraz lepiej rozumiem potrzeby czytelników.

A co się stanie jeśli pewnego dnia dzieci nie pozwolą już Pani publikować swoich zdjęć? Zamknie Pani bloga?

Zdaję sobie sprawę z tego, że moje dzieci mogłyby powiedzieć "nie", ale to na razie pozostaje w sferze science fiction, ponieważ one są za małe, żeby mogły o sobie stanowić. Na tę chwilę, to ja decyduję, które zdjęcia będą publikowane, a które nie.

Spotyka się Pani z krytyką i "hejtem"?

Mniej więcej co drugi dzień. (śmiech) Są to komentarze dotyczące tekstu, jakiegoś zdania. Ogólnie skupia się to na treści bloga, a nie na jego formacie. Jednak kompletnie nie robi to na mnie wrażenia, to jest wpisane w bycie blogerem. Kiedyś zdarzało mi się odpowiadać na te komentarze, tłumaczyć się, próbować wyjaśnić. Jednak szybko pozbyłam się tego nawyku. Nie warto przejmować się opinią ludzi, którzy wyrzucają swoje frustracje w komentarzach.

Załóżmy, że chciałabym założyć teraz bloga. Co by mi Pani doradziła?

Ciężko jest mi na to pytanie odpowiedzieć teraz, ponieważ kiedy zaczynałam blogować, to były zupełnie inne czasy. To był okres, gdy blogów było naprawdę bardzo mało. I choć w porównaniu do tych, które powstają teraz nasze były słabe, to jakoś udało nam się przebić. Naprawdę nie wiem, co zrobić, co wymyślić i o czym pisać, żeby przebić się przez konkurencję.

Treść nowych blogów jest często lepsza niż na naszych “starych”. Może to brutalne, co mówię, ale obserwuję wiele ciekawych stron, ze świetnymi zdjęciami i tekstami, z fantastycznymi stylizacjami, z ciekawymi artykułami pisanymi lekkim piórem. Jednak wielu blogerom nie udaje się dotrzeć do momentu, gdy ich strona zaczyna zarabiać na siebie. Nigdy nie poradziłabym zakładania bloga, rzucania pracy i poświęcania się tylko temu. Nie jestem specjalnie entuzjastką, jeśli chodzi o takie pomysły. Nie chciałabym być odpowiedzialna za doradzanie w tych kwestiach.

Pisała Pani wcześniej?

Nigdy! Nawet jednym z założeń mojego bloga było to, że nie będę pisać. Jednak z czasem okazało się, że moje teksty mają świetny odbiór i spotykają się z pozytywnymi komentarzami. Ludzie chcą żebym pisała, więc piszę. Nigdy nie uważałam siebie za dziennikarkę, bo zwyczajnie nią nie jestem. Miałam nawet kiedyś propozycję napisania książki, ale powtarzam jestem blogerką, a nie pisarką. Chociaż zdaję sobie sprawę, że moje teksty są dobre. Niektóre artykuły na Onecie są pisane słabszym językiem, niż moje na blogu. To akurat jest smutne, przecież tam pracują dziennikarze. Ja studiowałam stosunki międzynarodowe i nigdy nie miałam doświadczenia w pisaniu.

Wiem jak możemy podsumować naszą rozmowę! To, co robię daje mi masę doświadczenia, którego nie dadzą mi żadne studia i żadna praca. Przez lata prowadzenia bloga mój warsztat fotograficzny niesamowicie się rozwinął, piszę znacznie lepiej niż na początku, nauczyłam się organizowania eventów, akcji reklamowych, teraz jestem współorganizatorem dużego spotkania blogerów, na którym będę również prelegentem.

To, czego nauczył mnie blog, na pewno zaprocentuje w przyszłości. To moja siła i fundament pod czasy, gdy zamknę go i zacznę robić coś innego.
Trwa ładowanie komentarzy...