"Kto to zrobił? Przecież samo się nie potłukło!". Czyli co robić, gdy dzieci się do niczego nie chcą przyznać

Fot. David Goehring / http://skroc.pl/61182 / CC BY / http://goo.gl/sZ7V7x
“To nie ja. To on/a”. “Jaaa?? Nie! To on/a”. Gdy w domu jest rodzeństwo, to można mieć pewność, że prędzej lub później (prędzej) pojawią się wzajemne oskarżenia. Na pierwszy rzut oka i ucha - ktoś kłamie. Ale - uwaga! - niekoniecznie.

Weźmy klasyczny przykład. Błoto z butów rozniesione po całym salonie.



Co na ten temat wie rodzic?
1. Samo się nie naniosło.
2. Winowajca znajduje się w domu.

Co na ten temat wie dziecko?
1. Jest błoto w salonie.
2. Rodzic jest zły, że jest błoto w salonie.
3. Lepiej, żeby ktoś nie był NA MNIE zły, że jest błoto w salonie.
4. Pamiętam, jak przyszedłem do domu i zacząłem się bawić klockami w pokoju. Nic nie wiem o żadnym błocie.

W dziecięcej głowie pojawia się prosty wniosek. Skoro nie wiem o błocie, a jednocześnie negatywnie oceniam własne perspektywy jeśli złość rodzica zostanie wymierzona we mnie to — co jest oczywiste — “TO ON/A”. Problem polega na tym, że w drugiej młodej głowie przebiega identyczny tok myślowy. W konsekwencji przed rodzicem stoją dwie najbardziej przez niego kochane istoty na świecie, z których każda patrząc prosto w oczy mówi to samo, czyli co innego.

Wystarczy zresztą poobserwować, jak dzieci bawią się w berka w mieszkaniu. Mogą wpadać na meble, przewracać rzeczy i nie zdawać sobie z tego sprawy. Liczy się zabawa, emocja — jakieś drobne i poboczne wydarzenia umykają ich uwadze. Albo jak robią sobie kanapkę. “Masło na drzwiach na lodówce? Naprawdę to ja pobrudziłem??”. Naprawdę. I naprawdę nie wiedział. Więc — rodzicu — zanim głośnym i groźnym głosem krzykniesz: “kto to zrobił?” weź pod uwagę, że możesz nie otrzymać odpowiedzi.

Tkwi w mamie i tacie pokusa, żeby sprawę rozwiązać tylko drogą dedukcji. Można mierzyć, ważyć i sprawdzać. Podeszwy buta, zasięg ramion i szybkość poruszania się. A potem triumfalnie poinformować, że TO zrobił X, bo Y nie mógł. Można też kierować się uczuciami: “Coś mi mówi, że to ten starszy”, “Oj, ten młodszy taki nieostrożny ostatnio - to na pewno on”. A potem oczywiście wyciągnąć wobec winnego stosowne konsekwencje w postaci nakazu “przywrócenia stanu poprzedniego”.

I choć z formalną prawdą to będzie miało (być może) wiele wspólnego, to w dziecięcej głowie będzie jedną, wielką niesprawiedliwością. Bo przecież — pamiętajmy — on/a tego NIE ZROBIŁ/A. Więc dlaczego teraz ma być karany/a za coś, za co nie jest odpowiedzialny/a.
Oczywiście pełno jest też sytuacji, w których dziecko świetnie wie, że coś zrobiło. Przecież nie każdy zbity wazon, czy rozdeptane jajko na dywanie uchodzi jego uwadze. Wie, a mimo to krzyczy, że to “nie ono”. Czy to znaczy, że niechcący wychowujemy jakiegoś potwornego kłamczucha? Niekoniecznie (uff).

Zdaniem psychologów to normalne, szczególnie u młodszych dzieci. Pokusa, aby “zwalić winę” na kogoś innego jest po prostu dla dziecka zbyt silna, żeby się mogło oprzeć. Młody człowiek nie chce ponosić konsekwencji, nie chce zawieść rodziców swoim zachowaniem. Więc wypycha z siebie poczucie winy i twierdzi, że to nie on, tylko rodzeństwo. Eksperci podkreślają, że nieraz to uczucie jest tak silne, że dziecko naprawdę zaczyna wierzyć, że to jajko rozgniótł brat, a wazon zbiła siostra. I wcale mu nie przeszkadza fakt, że minutę wcześniej wiedział co innego.

Co robić? Na pewno nie sprzątać samodzielnie. Ale można:

1. Opisać co się widzi: “Widzę rozdeptane jajko na podłodze w sypialni. Proszę, aby ten kto to zrobił posprzątał”. Bez dochodzenia, bez przesłuchań.
2. Jeśli ochotnika brak, to solidarnie sprząta rodzeństwo.

Proste? Proste. I w większości wypadków działa. Warto spróbować.

PS. Niestety nigdzie nie znalazłem informacji jak zachować spokój, gdy na drzwiach samochodu “ktoś” wydrapał gwoździem uśmiechnięte słoneczko… “Dla tatusia”.
Trwa ładowanie komentarzy...