Gdy dziecko idzie samo, czyli histeria rodzica

Fot. 123RF
“Już podłogę chciał odrywać, już policję zaczął wzywać” – histeria pana Hilarego, to pikuś w porównaniu z chwilą, która – prędzej, czy później – następuje w życiu każdego rodzica. Dziecko (“nasz maluteńki, bezbronny okruszek”) idzie gdzieś samo. Bez kolegów, bez rodzica, bez nikogo. Samo. Nawet, jeśli to tylko wypad do warzywniaka za rogiem, to atak groźnych porywaczy dzieci na naszą okolicę jeszcze nigdy nie wydawał się tak prawdopodobny.

Nie ma definicji czy tabelki, z której jasno wynika kiedy dziecko jest gotowe, aby wyjść na pierwszą samodzielną wyprawę. Jedyna wskazówka to prawo o ruchu drogowym, które wskazuje, że dopiero 7-latek może (legalnie) samemu przechodzić przez ulicę. Ale prawda jest taka, że i tak decydują rodzice, a ci są często gotowi na to zdecydowanie później niż dzieci.



Prześledźmy więc życie wewnętrzne rodzica, który wysyła swoje dziecko pierwszy raz na samodzielną wyprawę. Załóżmy, że 7-letni Stefanek idzie do kolegi w bloku obok. Nie w odwiedziny, tylko żeby mu coś zanieść.

Czas: ZULU minus 2 minuty (czyli dwie minuty do wyjścia). Ciśnienie krwi: 140/90.
To idealny moment na wykład dotyczący ruchu drogowego. Nie przebiegaj przez ulicę. Rozglądaj się sześć razy (trzy razy dla mamy i trzy razy dla taty). Przechodź, gdy nigdzie nie widać samochodów, nawet na dalekim horyzoncie.

To nic, że w drodze do kolegi nie ma żadnych skrzyżowań i nie trzeba przechodzić przez żadną ulicę. A jak wybudowali? Teraz tak szybko się buduje…

Ojejku, jejku - on jest taki mały. Może lepiej, niech nie idzie.

Czas: ZULU minus 1 minuta. Ciśnienie krwi: 150/90
Nie rozmawiaj Stefanku z osobami nieznajomymi. Najlepiej, to po drodze z nikim nie rozmawiaj. Jeśli ktoś ciebie zaczepi - krzycz. Uciekaj. Ale pamiętaj, żeby nie biegać. I odpowiadać, jak ktoś o coś pyta.

Ojejku, jejku – on jest taki mały. Może lepiej, niech nie idzie.

Czas: ZULU +/- 0 minut. Stefanek wychodzi. Ciśnienie krwi: 160/100. Rośnie.
Nigdy i nikt nie biegnie tak szybko, jak rodzic pomiędzy drzwiami i oknem.

Kto - do ciężkiej cholery – wybrał mieszkanie z widokiem na park, a nie podwórko. Przecież stąd nic nie zobaczymy.

Czas: ZULU + 1 minuta. Ciśnienie: 165/100
Jakoś długo nie wraca. A jak mu się coś stało? Na pewno zaatakował go jakiś pies dziki. Sześć lat temu podobno w okolicy jakiś biegał.

[do drugiego rodzica] Wiesz, czy go złapali? No jak to kogo? Tego psa! Nie wiesz? To co Ty wiesz w ogóle??

Czas: ZULU +3 minuty. Ciśnienie: 170/100
Halo, Teresa? Czy Stefanek już do was dotarł? Nie dotarł? Aha, to dzięki – bo poszedł. Pewnie zaraz przyjdzie (= resztki zdrowego rozsądku na użytek zewnętrzny).

Wpadł, utknął, płacze i woła rodziców. Pewnie mu duszno i się przegrzał.

Czas: ZULU +5 minut. Ciśnienie 180...
Idę. Trzeba go szukać. Jak nie wrócę za 10 minut dzwoń po policję. No jak to gdzie? Przecież nie wraca od godziny, na pewno coś mu się stało. Jakich trzech minut, co ty gadasz?! Daj latarkę i czekaj w domu.

Czas: ZULU + 7 minut. Ciśnienie poza skalą, ale spada, bo Stefanek wraca.
Jak było? W porządku? Super. Bardzo jesteś – Stefanku – dzielny.

Jest! Cały! Zdrowy! Przecież wiadomo było, że mu się nic nie stanie! Bohater. Mój syneczek! Kupię mu duży zestaw lego – niech siedzi już w domu i buduje. A po drodze butelkę wina. Za rok znowu spróbujemy.

To mija
Na pocieszenie dla rodziców Stefanka i wszystkich innych. Z samodzielnymi wyjściami dzieci jest jak z prowadzeniem samochodu. Do końca życia pamięta się pierwszą przejechaną trasę (wyjście dziecka z domu). Później przestaje się w ogóle zwracać na to uwagę.
Trwa ładowanie komentarzy...