Na zawsze zostały we mnie blizny fizyczne i psychiczne. O chorobie matki, mechanizmach obronnych i nowej rzeczywistości

Fot. Archiwum prywatne
Odkurzanie. Zwyczajne, codzienne. O jedno za dużo. W pewien kwietniowy wieczór, gdy schyliłam się w trakcie sprzątania, już nie wstałam. Z trudem doczołgałam się do łóżka. Ból w plecach dosłownie zwalił mnie z nóg. W pokoju obok spała moja malutka córka, mąż był w pracy. Byłam sama. Nie bardzo rozumiałam co się dzieje.

Dotrwałam do rana. Jak zwykle zbagatelizowałam problem zdrowotny, bo przecież jak mi mogłoby się coś stać? No jak… Przecież jestem NIEZNISZCZALNA. Od razu uruchomiły się moje mechanizmy obronne. Po pierwsze - nic mi się nie stało, ja nie choruje, to mnie nie dotyczy. Po drugie - wcale mnie tak bardzo nie boli (chociaż bolało okrutnie), czyli przecenianie swoich możliwości.
Mechanizmy obronne
Najbardziej fascynująca część ludzkiej psychiki. Nasza psyche sama siebie broni. Wytwarza szereg złożonych mechanizmów, tylko po to żebyśmy byli w stanie poradzić sobie z sytuacją ocenianą przez nas jako trudną lub taką, która wymaga od nas zasobów, których nie posiadamy. Wypieramy, zaprzeczamy, oddzielamy niechciane emocje, szukamy uzasadnienia i dobrych stron często kiepskich sytuacji. Robimy to w jednym celu - by przetrwać. Tak, tak, to nie jest śmieszne. To nasz instynkt. Ewolucyjne oprogramowanie nastawione na minimalizowanie kosztów.

Ból do rana nie zniknął, co gorsza był jeszcze większy. Jak zwykle w sytuacji kryzysowej zadzwoniłam do najbardziej opanowanego i najmądrzejszego człowieka jakiego znam, czyli mojego taty. Wiedziałam, że mi pomoże, zawsze pomaga, ratuje z opresji. Tak to już bywa ze mną, dzwonię dopiero jak wali mi się wszystko na głowę. Kolejny mechanizm - unikanie. W sytuacji stresu szukam czynności zastępczych - oglądanie telewizji, zaległych seriali, sprzątania starej poczty. Wszystko byle nie myśleć o problemie. Też tak macie? Uciekanie od problemu = problem znika. Niestety tylko na jakiś czas.

Wracając do taty (jak to dobrze, że Cię mam, really!), przyjechał i zawiózł mnie do lekarza. Chwila oczekiwania, badanie, rentgen. Czekamy. Moje mechanizmy obronne ponownie zaczynają działać, tym razem żartuje sobie z sytuacji i siebie - łamagi. Tata się uśmiecha, zaczyna opowiadać o tym co słychać w domu - to jego mechanizm obronny - pyta jak u nas, rozmawiamy o pogodzie. W końcu lekarz nas prosi, ma wyniki rtg.
Diagnoza jak wyrok
Lekarze zawsze przyprawiali mnie o dreszcze. Nie wiem czemu, przecież mój tata jest jednym z nich. W każdym razie przeszedł mnie dreszcz, nie wiem czy to z powodu ortopedy czy może moje mechanizmy na chwilę przysnęły…


Diagnoza - kręgozmyk i dyskopatia. Co?! Zastanawiam się dlaczego wszyscy w tym pomieszczeniu, poza mną wiedzą o co chodzi. Lekarze, ech… Wydaje im się, że każdy zna medyczne słownictwo. Proszę o wytłumaczenie. Słucham… Łzy napływają mi do oczu. Pojawia się zaprzeczenie - nie to niemożliwe! Chwilę zajmuje mi przyswojenie perspektywy najbliższej przyszłości… Kręgi nie są stabilne, pękły mi dwa dyski, mam przepuklinę i nie ma innej opcji jak operacja. Kiedy? Już! Istnieje możliwość ucisku na nerwy, co spowoduje niedowład kończyn dolnych. Na boga! Kto mówi w takiej sytuacji kończyn... Nóg! Moich, dwóch zdrowych i niezbędnych do życia nóg.
Momenty kryzysowe
Zdarzają się każdemu na różnych etapach rozwoju. Mój ostatni to urodzenie dziecka. Jak to jest, że w chwili gdy dowiadujesz się o chorobie twoje myśli krążą wokół dzieci. Tak było ze mną. Dlaczego nie mogę być mamą na 100 proc.? Co będzie z Zuzią gdy będę po operacji? Kiedy będę mogła wrócić do domu?

Organizowanie, porządkowanie, ustalanie - następny mechanizm. Jak poradzić sobie z rzeczywistością, która mnie przerasta? Posprzątać! W głowie i w życiu. Ustalić plan działania. Nie dać się rozłożyć na łopatki. Szybkie podsumowanie. Muszę skończyć pracę magisterską, potem operacja, rehabilitacja, obrona. Plan jest! Porządek i przewidywalność, reorganizacja - mój instynkt samozachowawczy zawsze tak reaguje.
Wyrzuty sumienia
Pojawiają się. Powoli uświadamiam sobie, że muszę na miesiąc zostawić moją niespełna dwuletnią córkę, która do tej pory miała mamę codziennie. Jak jej to wytłumaczyć, przecież przeze mnie będzie cierpiała… Ból psychiczny jest najgorszym rodzajem bólu. Wiem co mówię. Mimo, że ból po operacji kręgosłupa był tak niewiarygodnie duży, że miałam przez chwilę myśl “nie poradzę sobie”, to o wiele gorsza była myśl o zostawieniu Zuzi. Mówią cierpienie uszlachetnia. Bzdura! Ból, to ból. Nie ma w tym nic szlachetnego. Z czasem do niego przywykłam, bo inaczej nie dałabym rady - znowu mechanizm obronny.
Przygotować dziecko
Długo zastanawiałam się co zrobić z Zuzią. Jak jej wytłumaczyć coś co sama ledwo rozumiem. Postawiłam na prawdę.Tak, na maksymalną szczerość. Możecie się śmiać “dwulatka nie zrozumie”, “po co dziecku zaprzątać głowę problemami dorosłych?”. No właśnie po to, że dzieci rozumieją więcej niż się nam wydaje.

Zaczęłyśmy od… rysowania na kartonie moje ciała. Oczy, nos, uszy, ubranie, uśmiech i gotowe. Zaczęłam opowiadać, że byłam u pana doktora i okazało się, że popsuły mi się plecy. Tłumaczyłam, że lekarz musi mi zrobić operację, w języku dwulatki było to”ciach-ciach”. Potem malowałyśmy po moich plecach, zaznaczyłyśmy miejsce operacji. Na koniec zostało najtrudniejsze. Jak wytłumaczyć, że nie będzie mnie miesiąc? Operacja, pobyt w szpitalu, nauka chodzenia, wstawania i funkcjonowania z tytanowymi śrubami, dyskami i usztywnieniem, to wszystko trwa i nie mogę w tym czasie pozwolić sobie na choćby jeden fałszywy ruch. “Nie będzie mnie przez miesiąc w domu” - powiedziałam w końcu. Zuza spojrzała się na mnie i powiedziała “mamo, to nic”.
Blizny - psychiczne i fizyczne
Nie będę już dłużej Was zanudzać szczegółami. Koniec był taki, że Zuzia bardzo dobrze zniosła ten czas rozłąki, a już na pewno lepiej niż ja. Dzwoniła, rozmawiała ze mną przez telefon, miała obok siebie babcię, dziadka i tatę. Jej mechanizmy obronne dały sobie radę, lepiej niż się spodziewałam.

Nie wytrzymałam miesiąca, zobaczyłam się z nią po dwóch tygodniach. Oglądała moją bliznę i ją głaskała, a ja opowiadałam jej o moich troskach i o tym jak za nią tęskniłam. Do tej pory daje mi buziaka w plecy, wie że mnie bolą, choć nie mam u niej taryfy ulgowej. Na zawsze zostały we mnie blizny, na plecach i w psychice. Nie widzę ich, choć codziennie czuję ból, przypominający o tym, że nie jesteśmy z tytanu ;) i dziękuję matce naturze za mechanizmy obronne!
Trwa ładowanie komentarzy...