Grzegorz Kasdepke: Możemy zaoferować dziecku tylko jedno - uwagę. Ja zawsze potrafiłem to dać

Grzegorz Kasdepke
Grzegorz Kasdepke Fot. Iwona Kapłan
– Jeden ze znajomych ojców opowiedział mi taką historię. Syn mówi do niego: „Tata, dziś umówiłem się z kumplami na granie w piłkę". Ojciec się cieszy, bo syn raczej nie lubi sportów. Popołudniu wraca do domu, widzi syna przed komputerem. Zdziwiony mówi: „Przecież byłeś umówiony, o tej porze miałeś być z chłopakami na piłce". „No przecież właśnie jestem, gramy w sieci". Moje pokolenie samo musiało sobie zapewnić rozrywki, mieliśmy do tego tylko naszą wyobraźnię. Współczesnym dzieciakom świat daje wszystko – mówi Grzegorz Kasdepke, znany bajkopisarz.

Dziś dzieci nie mają wyobraźni?

Ich wyobraźnia na pewno nie jest tak rozwinięta, jak nasza. Widzę to choćby na spotkaniach w szkole. Oni proszą bym pisał i opowiadał historie, które już znają. Nie mają pomysłów ponad to, co im proponuje popkultura. Z drugiej strony są odważne, potrafią zadawać trudne pytania.

Na spotkaniach autorskich?

Zacząłem jeździć na spotkania autorskie 12 lat temu. Połowę tego spotkania zajmowało czytanie książek, połowę gadanie. Teraz te proporcje zmieniły się na niekorzyść czytania. Dzieci chcą żywej rozmowy. To bywa zabawne, czasem trochę straszne. W 2011 została wydana książka „Gdybym był dziewczynką, gdybym był chłopcem". Z tej okazji rozmawialiśmy o tym, jak dzieci postrzegają nas, dorosłych i role społeczne kobiet i mężczyzn. Pytałem ich do czego stworzona jest mama, do czego tata. Dzieci opowiadały rzeczy okropne. Niezależnie od wielkości miasta w którym przebywałem, wykształcenia rodziców mówiły, że mama to jest ta kobieta, która gotuje, robi zakupy, czasami jest do całowania. A tata jest do naprawiania. Jedna dziewczynka długo się zastanawiała do czego potrzebny jest tata i w końcu powiedziała: „Mężczyzna jest potrzebny, żeby odkręcać słoiki".

Zawsze miał pan wyobraźnię? Kiedyś powiedział mi pan, że widzi samolot i od razu wyobraża sobie całą historię o nim, że - dajmy na to - cierpi na lęk wysokości.

Naprawdę tak powiedziałem? Czasem, gdy sam siebie słyszę mam wrażenie, że strasznie infantylnie brzmię. Co do wyobraźni, to zawsze ją miałem. Rodzice mieli ze mną fajne życie, bo w ogóle ich nie angażowałem. Nie pytałem: „W co się pobawimy", bo bawiłem się sam. Współcześni rodzice robią bardzo dużą krzywdę swoim dzieciom przez to, że nie pozwalają się im nudzić.

Pan pozwalał się synowi nudzić?

Pewnie. Do tej pory pozwalam. Kacper ma już 19 lat i jest mistrzem nudzenia się.

Przychodził do pana, mówił: „Pobaw się", a pan mówił: „Nie"?

Nie, bez przesady. Polegało to na czymś zupełnie innym. W pewnym momencie Kacper, gdy miał około 10 lat, przyszedł do mnie i powiedział, że nie ma na nic czasu. Spróbowałem sobie przypomnieć samego siebie, dziesięcioletniego, i byłem zdumiony, bo my mieliśmy czas na wszystko. Od jednych wakacji do drugich mijała cała wieczność. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego Kacper narzeka na brak czasu. Zrozumiałem, że przegiąłem, jak większość rodziców. Mój syn chodził na angielski, judo, lekcje gitary, zajęcia z tańca, pływanie. Wyeliminowałem mu większość tych zajęć, poza angielskim, który uważam, że jest absolutnie konieczny, i judo. Ale chodził na lekcje gry na gitarze, na początku mu się to podobało, potem zauważyłem, że się męczy. Pozwoliłem mu, żeby sam z tego zrezygnował.

Bolały niespełnione ambicje ojca?

Po latach wrócił do grania. Teraz jest gitarzystą basowym. To mnie tym bardziej przekonało, że nie warto dzieci do niczego zmuszać. Chciałem, żeby Kacper poczuł co to jest czas, żeby wypełnił go własną wyobraźnią i myślami. Bałem się, że jak zorganizuję mu każdą minutę, nie wykształci w sobie samodzielności i kreatywności, która jest bardzo potrzebna w naszych czasach. Bardzo wierzę w ludzi z pasją. Gdy mój syn wybierał studia, wybierał bardzo niepraktyczne, i sam go na to namawiałem.

Filozofia? Dziennikarstwo?

Etnologia i antropologia kulturowa. Absolwentów tego kierunku widywałem bardzo często w czasie tegorocznych wakacji w Londynie, w restauracjach. Spędziłem tam półtora miesiąca, i ilekroć szedłem do knajpy spotykałem Polaka, i to byli najczęściej absolwenci Kacpra wydziału. Dlaczego go na to namawiałem, zamiast wybierać wśród kierunków, o których pisze się, że są przyszłościowe? Bo bardzo wierzę, że ludzie z pasją sobie poradzą. Jeśli będziemy kalkulowali, kto jest potrzebny, to może okazać się, że za chwilę świat nam pokaże figę i będzie popularne, co innego. Poza tym nie ma nic gorszego niż robienie rzeczy, których się nie lubi. Nie wierzę, że można wtedy odnieść sukces, być szczęśliwym.
Opowiadał pan synowi bajki?

Opowiadanie bajek to moja pięta achillesowa. To niewiarygodne, ale ja, bajkopisarz, który z pisania się utrzymuje, nie potrafię ich opowiadać. Czasami moi znajomi się chwalą: „Słuchaj, od pewnego czasu opowiadam mojemu dziecku taką bajkę, akcja się toczy, są tacy i tacy bohaterowie", słucham tego z pewną zazdrością. Ja Kacprowi czytałem swoje opowiadania i książki. Gdy miał 5, 6 lat czytałem mu swoje teksty, które potem były drukowane w Świerszczyku. Kacper był w pierwszej klasie szkoły podstawowej, gdy ukazała się „Kacperiada", książka napisana specjalnie dla niego. Nagrody za nią odbieraliśmy wspólnie. Czuł się wyróżniony. Ale nie chciałem, żeby woda sodowa uderzyła mu do głowy, dlatego następna książka już nie była o nim.

Książki miały rosnąć z pana synem – tak pan kiedyś powiedział.
Wciąż jednak pisze pan dla dzieci. Boi się pan, że kilkunastolatkowie nie czytają?


Czytają i to bardzo dużo. Tuż przed wyjściem na wywiad usłyszałem informację z Biblioteki Narodowej, która wskazuje, że po raz pierwszy od lat nastąpił ogromny wzrost czytelnictwa wśród młodzieży dorastającej. 75 procent młodzieży czyta książki. To jest bardzo dużo. I jestem przekonany, ba, nawet pewny, że jest to też moja zasługa. W ogóle w ciągu ostatnich dziesięciu lat wydarzyło się dużo dobrego w literaturze dla dzieci i młodzieży, przybyło nowych autorów. Cieszę się z tego.
Co zrobić, żeby dziecko czytało?

Ja to raczej jestem specjalistą od dwójki dzieci. Siebie samego, bo kiedyś byłem dzieckiem i mojego syna. To jest cholernie wąska specjalizacja. Powiem, co na mnie podziałało. Byłem chłopakiem, który tylko i wyłącznie gra w piłkę nożną...

...Tak wiem, a potem ciotka zamknęła pana w pokoju i kazała czytać. Podziałało.

Nie, nie chcę mówić o metodzie przymusu. Pierwsze książki, które czytałem z własnej woli, to były komiksy. Zawsze to polecam. Mojemu pokoleniu wmawiano, że komiksy to chłam. To, oczywiście, była bzdura. Ale teraz to są już często arcydzieła. Poza tym dziecko zaczyna się przyzwyczajać do tego, czym jest książka, ma przyjemność z obcowania z nią. A potem przerzuca się albo równolegle sięga po literaturę. Poza tym my popełniamy taki błąd, że koniecznie chcemy zachęcić dziecko do czytania książkami, które nam się podobały w dzieciństwie. A przecież każde pokolenie ma swoje własne fascynacje. Kupujmy dzieciom „głupie", zabawne książki. Teraz panuje szał na „Dziennik cwaniaczka". Ja też czytałem zawsze Kacprowi przed snem. To był nasz rytuał.

A takie metody: grasz na komputerze tyle, ile przeczytałeś?

O nie, takich metod to nie lubię. Książka kojarzy się wtedy ze środkiem przymusu. Teraz niedobra tableteczka, potem coś słodkiego. Nie. Nie. Nie. Czasem wiele daje wspólne czytanie na głos. Myślę, że warto pójść z dzieckiem do księgarni, żeby samo sobie wybrało książkę. Pod warunkiem, że samo ją przeczyta. Albo nam przeczyta. To też jest fajne odwrócenie sytuacji. Przemienić hasło: „poczytaj 20 min dziennie" w „poczytaj rodzicowi pięć minut".

Pana syn grał? Teraz dzieci grają non stop w minecrafta.

Pewnie, że grał. Był głównie zafascynowany grami fifa. Nie miałem nic przeciwko, w ogóle nie miałem nic przeciwko internetowi do momentu, kiedy Kacper zafascynował się Facebookiem na tyle, że zaczęło mu to przeszkadzać w budowaniu relacji towarzyskich. Zrobiliśmy więc wspólnie plan – ustaliśmy, ile czasu dziennie może poświęcać Facebookowi. Jest taki trudny moment w życiu rodzica, kiedy dziecko jest już nastolatkiem i dostaje swojego pierwszego laptopa. Trudno wtedy kontrolować, czego tam szuka. Co robi za zamkniętymi drzwiami, co robi wieczorem, przed snem. Bardzo wierzyłem w siłę rozmów, bo uważam, że dziecka nie da się ochronić przez zakazywanie, tylko należy z nim gadać, gadać, gadać.

Udało się? Nie sprawdzał pan?

Nie, ale rozmawialiśmy dość dużo. O seksie i pornografii również. To nie jest tak, że można nastawić sobie budzik czy datownik na 16. rok życia naszego dziecka i nagle rozmawiać z nim o seksie, o życiu. To powinno się dziać od najmłodszych lat. Ja z Kacprem rozmawiam, zawsze rozmawialiśmy. My, rodzice, możemy zaoferować dziecku tylko jedno. Uwagę i próbę zrozumienia go. Byłem ojcem słuchającym. Podczas wspólnych rozmów nie skupiałem się na niczym innym. To bardzo prosta zasada. Rozmawiając z dzieckiem trzeba mu patrzeć w oczy. Może było mi łatwiej, bo właściwie pracowałem w domu.

Bardzo też pilnował pan tego, że praca jest tylko do powrotu Kacpra ze szkoły i przedszkola…

Tak, to było bardzo ważne. Potem, oczywiście to dziecko popołudniu już nie chciało ze mną spędzać czasu. Ale wtedy też robiliśmy sobie rytuały. Że wspólnie wychodzimy na łyżwy, albo, że raz w tygodniu idziemy pograć w bilard.

Budowanie wspólnoty?

Tak, jeszcze bilard to taka męska przygoda, sami faceci, wtajemniczenie w męski świat. Mam wrażenie jednak, że najwięcej nam dała książka. Taki nastrój związany z czytaniem, z tym, że to jest moment intymny, rozmawiamy… Tych paręnaście minut dziennie, to jest chyba najważniejsze, co ja Kacprowi - intuicyjnie dałem, bo wtedy byłem za młody i za głupi, żeby to było świadome.

To procentuje? Kacper przeżywał bunt?

Nie, choć nasza sytuacja była dość specyficzna, bo rozstałem się z mamą Kacpra. Cała nasza rodzina bardzo dbała o nasze relacje. My, to znaczy ja, Kacper i mama Kacpra byliśmy głównymi bohaterami dramatu, ale jak w każdym dramacie są też bohaterowie drugoplanowi. Dużo bardzo zawdzięczam byłym teściom, którzy obserwowali rozpadające się małżeństwo, wiedzieli, że jesteśmy za młodzi, za niedojrzali, ale to dzięki nim, w dużej mierze, mamy dziś właściwie modelowe relacje. Cudowne, no albo śmieszne, można by tak stwierdzić. Do tego stopnia, że moja była teściowa przywozi mi ciasta na święta, a ja jestem ojcem chrzestnym córeczki mojej byłej żony.

W pewnym momencie Kacper mieszkał głównie ze mną, nasza relacja była specyficzna. Mieszkał ze mną nie dlatego, że miał złe relacje z mamą, bo miał bardzo dobre, ale miałem zawsze dużo więcej czasu. Ona pracowała, kończyła studia, ja wtedy odszedłem ze „Świerszczyka”, zacząłem być wolnym strzelcem. Zarabiałem pieniądze pisząc w domu opowiadania. Może dlatego, że poświęcałem mu zawsze sporo czasu, nie przeżywał buntu? Nie wiem. Do tej pory nie jest typem nastolatka, który po przyjściu do domu zamyka się w pokoju, a jedyne co ma do powiedzenia rodzicom, to „zostawcie mnie w spokoju".

Czyli jest pan dobrym ojcem?

O, nie nie, tego nie powiedziałem. Błędów popełniłem pewnie bez liku. Jakich? Tego najprawdopodobniej dowiem się w najbliższych latach. Od dorosłego już Kacpra.
Trwa ładowanie komentarzy...