Mojemu dziecku pomogli lekarze. Mnie – mamy innych dzieci leczonych w CZD

Gdy dziecko jest ciężko chore i trafia do szpitala, razem z nim "przeprowadzają" się tam jego rodzice.
Gdy dziecko jest ciężko chore i trafia do szpitala, razem z nim "przeprowadzają" się tam jego rodzice. Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Wszyscy wiemy, że na świecie nie brakuje chorych dzieci. Wiemy, że są szpitale, w których przebywają dzieci z białaczką, rakiem, chorobami genetycznymi. Śmiertelnie chore. Współczujemy, ale jesteśmy przekonani, że nas ten problem nie dotyczy. Błąd. Choroba i nieszczęście zawsze atakują znienacka.

Nigdy nie myślałam, że mi się to przytrafi. Ciąża przebiegała prawidłowo. Dziecko, według usg, było zdrowe i duże. Ciąża donoszona, aż za bardzo. Wszystko zaczęło się komplikować w chwili porodu. Wielogodzinnego.



Wymęczone dziecko od razu zabrano do inkubatora. – Musimy go trochę dogrzać – tłumaczyli lekarze. W sumie dobrze się stało, bo w pewnym momencie mały przestał oddychać. Jak orzekli później lekarze, prawdopodobnie była to reakcja na zbyt wcześnie podaną szczepionkę.

I to był właśnie ten moment, w którym ze szczęśliwej matki ślicznego chłopca, człowiek staje się matką walczącą o zdrowie swojego dziecka, śpiącą po kątach i proszącą Boga o ty, by wszystko dobrze się skończyło. Często bez wiary w happy end. Na typowy baby blues nie możesz sobie pozwolić.

Błyskawiczne dojrzewanie
Nie wiedząc co się dzieje, lekarze podjęli decyzję o przewiezieniu małego pacjenta do Centrum Zdrowia Dziecka. Przyjeżdża karetka, zabiera twoje dziecko, więc ty nie zwracając uwagi na to, że jesteś dwa dni po porodzie, wypisujesz się na własne żądanie. Płacząc wsiadasz do samochodu i pędzisz za karetką po drodze zrywając z ręki plastikową opaskę. Chociaż ledwie trzymasz się na nogach, nie jesteś już pacjentką, jesteś matką. Taką, która kompletnie nie ma wpływu na to, co będzie z jej dzieckiem.

Wyjesz ze strachu. Wyjesz, bo cały świat ci się rozsypał. Nie tak miało być. Co z tego, że gdzieś, w jakiś niemal nierealnym już świecie wybierałaś jakieś tam wózki, łóżeczka, firaneczki. Jakie to wszystko było banalne i niepotrzebne. Po prostu głupie.

Wchodzisz do szpitala. Wstydzisz się płakać przy ludziach, więc błyskawicznie się ogarniasz. Masz misję, musisz w plątaninie korytarzy, łóżek i ludzi znaleźć swoje dziecko. Wiesz tylko, że trafiło do Kliniki Neonatologii, Patologii i Intensywnej Terapii Noworodka.

W końcu znajdujesz piętro, oddział, salę, łózko i dziecko. Mały leży w ostatniej, po lewej stronie długiego korytarza. Po drodze dowiadujesz się, że to dobrze, bo skoro tam trafił, to lekarze widocznie uznali, że nie jest z nim tak źle. Do dziś nie wiem, czy to prawda czy tylko tak gadali.

Przy łóżeczku lekarz. Mówi, że zrobią dziecku badania więc myślisz, że najdalej za dwa dni wyjdziesz do domu. Nie wierzysz, że twojemu dziecku coś może być. To z pewnością pomyłka. Lekarka mówi, że pierwsze badania dziecko ma jutro. Kolejne za 10 dni. Dziecko zostaje na minimum dwa tygodnie w szpitalu, ty razem z nim. Przeprowadzasz się.

Życie na podłodze
Problem w tym, że jest to oddział dla dzieci, a nie dla rodziców. Łóżek dla nich nie ma. Obok sali jest kuchenka, tam inne mamy. Podchodzisz do jednej i pytasz, jak to załatwić. Ona patrzy na ciebie szklanym wzrokiem – właśnie umarło jej dziecko.

Ale są i inne, które natychmiast kierują cię do jakiejś pani, która przydziela ci kluczyk do szafki. Jakaś dziewczyna pokazuje ci, gdzie kupić materace czy łózko polowe, które na noc można położyć na podłodze w kuchence, z której uprzednio zostały wynoszone są wszystkie meble. Jest nas tak dużo, że inaczej byśmy się nie zmieściły. Matki – karimatki, jak potem zostaniemy nazwane w jednym z reportaży.

Żadna z nas nigdy nie narzekała, że śpimy na podłodze. Przeciwnie, cieszyłyśmy się, że możemy zostać blisko naszych dzieci. Choć obiektywnie patrząc, wszystkie trafiłyśmy tam kilka dni po porodzie. W połogu, niektóre z ranami po cesarskim cieciu. Ale przynajmniej było ciepło. Ojcowie sypiali na podłodze pod windami. Kostnieli z zimna.

Jak długo tak się żyje? My mieliśmy to szczęście, że wypisali nas po trzech tygodniach. Inne mamy mówiły, że to bardzo szybko. One były tam miesiąc czy dwa. I więcej. Rekordzistka za moich czasów, mama Krzysia, mieszkała na oddziale osiem miesięcy.

Koleżanki
Strach, który towarzyszy ci przez cały pobyt, jest nie do opisania. Idziesz na badania i czekasz na wynik. Im dłużej tym lepiej, bo jeśli coś było nie tak, badania przychodziły błyskawicznie.

I paniki, gdy lekarzom nie udało się jednak czyjegoś dziecka uratować. Pamiętam sale, na której leżało dziecko jednej z nas. Tego dnia wszystkie inne dzieci z tej sali umarły. Podziwiam ją za to, że ani na chwilę nie straciła siły, by ratować własne dziecko. Jego rokowania też nie były najlepsze, bo mały za nic nie potrafił oddychać bez respiratora.

Ale nigdy nie zapomnę tych kobiet, mam, które mimo troski o własne dzieci, miały jeszcze siłę na to, by wesprzeć inne. Ja miałam kłopoty z karmieniem, bo nie miałam pokarmu. A ważne było, żeby dziecko dostało mleko mamy. Siedziałam ciągle z laktatorem i próbowałam jakoś pobudzić laktację. One ze mną, bo wszystkie ostro walczyłyśmy o pokarm.

Wiele z nich było mamami, które urodziły wiele tygodni przed terminem. Nie mogły ani wziąć swoich dzieci na ręce ani tym bardziej ich karmić. Ściągały mleko i mroziły je na przyszłość. Ja mogłam karmić sama, a one wszystkie mnie dopingowały. Nie wiem, czy bez ich wsparcia by mi się to udało.

Matka, żona i kłopoty zastanawiała się niedawno, co powiedzieć koleżance, której dziecko jest chore. Ja pamiętam, że mnie wybitnie wkurzały te, które nie miały chorych dzieci. Nie miałam siły z nimi rozmawiać. Dziewczyny z Centrum rozumiały wszystko. Bez słów. A ja nie miałam siły nic nikomu tłumaczyć.

Ktoś, kto tego nie przeżył, nie zdawał sobie sprawy z tego, jak to jest. To jego szczęście, że nie rozumiał, jak można nie potępiać mamy, która wyjechała z domu na weekend i nie wróciła potem do dziecka przez dłuższy czas. Nie miała siły, bo w CZD była już kilka tygodni. Czasami trzeba było złapać oddech, by nie zwariować. I móc znów stawać na rzęsach.

Nie próbujcie także rozweselać nikogo, starając się mówić o innych rzeczach by ktoś choć na chwilę zaczął myśleć o czymś innym. W takiej sytuacji ma się gdzieś te banalne sprawy dnia codziennego. Liczy się tylko szpital i dziecko. Świat za murami Centrum przestaje istnieć.

Jednak happy end
Chociaż będąc w szpitalu trudno mi było uwierzyć w to, że wszystko dobrze się skończy, okazało się, że dziecko miało się coraz lepiej. Szpital, tak dobry jak CZD jest po to, by leczyć. I wielu dzieciom pozwala się przywrócić zdrowie i sprawność. Z moim synkiem tak właśnie było.

Wyszliśmy ze szpitala, potem były wizyty kontrolne. Z czasem coraz rzadsze, aż w końcu zdecydowano, że dziecko jest zdrowe. Wyniki wyszły świetnie. Dziś mój synek Antek jest zdrowym, wesołym i inteligentnym chłopcem, który za kilka dni skończy cztery lata.

A ja co roku w czasie, gdy zbliżają się jego urodziny myślę ciepło o lekarzach, którzy uratowali moje dziecko i choć czasami w mało delikatny sposób, jednak dawali także wsparcie przestraszonym matkom. I o dziewczynach, które robiły wszystko, by pomóc swoim dzieciom. I by pomóc innym matkom. Bo wiedziałyśmy, że trzeba o nasze dzieci walczyć, tak długo, ile jest w nas siły. A jak nie ma jej już w nas, to jest w naszych koleżankach.

Dziękuję Wam wszystkim,
mama Antosia
Trwa ładowanie komentarzy...