Po co ci kolejne jajko? Czyli o tym, czego nienawidzą rodzice, a co kochają ich dzieci

Małe, ogólnodostępne zabaweczki dla dzieci kosztują niewiele, więc rodzice dają się łatwo na nie naciągnąć.
Małe, ogólnodostępne zabaweczki dla dzieci kosztują niewiele, więc rodzice dają się łatwo na nie naciągnąć. Fot. Axel Buhrmann / http://bit.ly/1E72iQB CC BY 2.0 / http://bit.ly/1mhaR6e
Do niedawna opowieści o krasnoludkach, które sikają do mleka, zwykłam wkładać między bajki. Do czasu, gdy nie zostałam matką. Dziś uważam, że są tacy, którzy są złośliwi dla samej złośliwości. Któż to? To producenci dziecięcego badziewia. Zabawek?

W czym jest problem? Otóż są ogólnie dostępne, kosztują niewiele i łatwo jest nimi uspokoić dziecko w sytuacji, gdy naprawdę nam się spieszy. Wiem, to niepedagogiczne. Ale bywa skuteczne. Tyle, że to pułapka. Prawdziwy koń trojański.



Jajko z niespodzianką
Bezsensownym gadżetem numer jeden jest dla mnie jajko z niespodzianką. Dostępne na każdym kroku – w spożywczym, mięsnym, warzywniaku, kiosku z gazetami. Nie wiem, czy jest w budzie z kebabami bo w niej nie bywam, ale idę o zakład, że na pewno jest chociaż jedna w Polsce, w której są one sprzedawane. Słowem – kupisz je wszędzie tam, gdzie może choć przez chwile zajrzeć dziecko.

Dzieci kochają jajka z niespodzianką. Kompletnie nie rozumiem dlaczego. Sreberka nie można normalnie odwinąć, bo się rwie. Czekolady w nim jak na lekarstwo. Zabawka...szkoda gadać. Najpierw gimnastyka, żeby ją złożyć. Potem trzeba założyć jeszcze sto razy, bo większość z nich rozpada się w ciągu trzech sekund. A najpóźniej po godzinie badziewny gadżet idzie w kąt. Dosłownie, bo oczywiście znów w częściach, które trzeba zbierać po całym domu.
A na drugi dzień...

Mamoooo, kupisz jajko!!!! Cena za ów wymarzoną zabawkę, to zaledwie 3.50. Jak odmówić dziecku, które przecież było grzeczne?
W prasie siła
Podobno Polacy przestają czytać prasę. Wskazują na to zmniejszające się nakłady pism i drastycznie cięte wierszówki tzw. dziennikarzy papierowych. Czy to prawda? Liczby nie kłamią, ale jestem przekonana, ze problem ten dotyczy tylko prasy dla dorosłych.

Dzieci natomiast gazety uwielbiają. Pisma o budowniczych, rycerzach zaprzyjaźnionych ze smokami, rezolutnych lokomotywach i wyfryzowanych lalkach – wszystko to w wersji papierowej rozchodzi się jak świeże bułeczki. Ale to przecież nie zasługa mądrych tekstów napisanych przez wybitnych pedagogów i specjalistów od bajkoterapii. Przeciwnie – szału w nich nie ma.

Pisma dla dzieci pewnie by nie były aż tak chodliwym towarem (na nowych osiedlach, gdzie jest dużo dzieci a mało sklepów, trzeba się spieszyć, żeby dostać najnowszy numer), gdyby nie fakt, że do każdej z nich dodawane są tak kochane przez dzieci zabaweczki rodem z Chin. Lokomotywy, szpilki dla lalek czy pomarańczowe betoniarki. Plastikowy badziew, który psuje się równie szybko jak rozpada na części papierowa gazeta. Bezpieczeństwo? Certyfikaty do zabawek nie są dołączone. A koszt? Ok. 8 zł. Na tyle mało, żeby machnąć ręką i uniknąć awantury w sklepie.

Puzzle w ramce
Czasami zastanawiam się, czym kierował się człowiek wymyślając puzzle, w których za całe opakowanie służy jedynie spód i wąska rameczka na brzegach. Opakowanie – jedynie folia, którą zafascynowane zabawką dziecko zrywa jednym ruchem ręki. I co? I puzzle rozsypują się po dywanie. A nie wiem, czy jest coś bardziej irytującego od zbierania puzzli po domu.

Pewnie, ze można zakupić miliony puzdereczek, by trzymać w nim wszystkie puzzelki. Lepszym wyjściem jest nie kupować tych puzzli? Na pewno tak, ale czasami są one ostatnią deską ratunku dla gości, gdy kupując wino czy inne słodycze, przypominają sobie, że coś jednak wypada przynieść dziecku. I przynoszą puzzle. No, chyba że będą przy kasie jajka z niespodzianką. Ale to już inna bajka...

Niekończące się serie
Bajki dla dzieci to nie wszystko. Obok popularnych kreskówek tworzy się cały rynek gadżetów – maskotek, książek, figurek, naklejek, plecaków z podobiznami bohaterów itp. Jasne, rozumiem, że dziecko zafascynowane bajką, chce mieć bohatera blisko siebie. Na wyciągnięcie ręki. Ale aż tylu?

Dlaczego wciąż pojawiają się nowe odmiany popularnej lalki, coraz nowe kucyki i o zgroza, kolejne lokomotywy. U nas w domu szał na pociągi. Mamy ich w domu naprawdę dużo, ale kiedy na lokomotywie o nazwie Hiro zobaczyłam numer boczny 51 to przysięgam, że się załamałam. Ile razy jeszcze będę słyszeć tekst: Kupisz mi Tomka/Piotrka/Gatora/Mariankę/Kacpra itd. I kolejne 50 czy sto kolorowych lokomotyw. Przecież nigdy nie kupię wszystkich, zwłaszcza, że pojawiają się wersje z różnymi wyrazami twarzy, brudne czy czyste. W zależności od bajki.


Zastanawiam się czasem, czy ktoś wyprodukował ich aż tyle tylko po to, by zatruć rodzicom życie? Coraz częściej myślę, że jest to jedyny cel producenta... Tym bardziej, że co pozostaje po takim gadżecie? Niewiele radości i mnóstwo sprzątania. A ukojone w ten sposób wycie dziecka wraca ze zdwojoną siłą rozpuszczonego dzieciaka.
Trwa ładowanie komentarzy...