Co to za zapach? Prawdziwa stołówka musi śmierdzieć

Szkolne stołówki - źródło niezapomnianych zapachów
Szkolne stołówki - źródło niezapomnianych zapachów Fot. SuSanA Secretariat / http://skroc.pl/7ac56 / CC BY / http://goo.gl/sZ7V7x
Byłem niedawno z synami na turnieju szachowym w zupełnie nieznanej nam szkole. Budynek jakich pełno w całej Polsce - typowy szkolny gmach. Ponieważ frekwencja zaskoczyła organizatorów, część rodziców poproszono o pomoc w przyniesieniu krzeseł - ze stołówki do sali gimnastycznej. Nie miałem żadnego kłopotu, żeby tam trafić - przez korytarze bezbłędnie poprowadził zapach, choć powinienem napisać raczej “charakterystyczny odorek”. I od razu ostrzegam, że to będzie artykuł bez puenty, ani rozwiązania. Za to z apelem na końcu.

Stołówkowy zapaszek
Od razu powiem, że nie jestem technologiem żywienia, chemikiem ani innym specjalistą od komórek węchowych. Co więcej uważam, że mam zupełnie przeciętną zdolność odbioru bodźców zapachowych. Zazwyczaj czuję to, co wszyscy czują - od zapachu kwiatów, po ten w toalecie PKP. Zakładam więc, że wszyscy czuli w tej szkole to, co ja.

A co czułem? Cały trik polega na tym, że tego zapachu nie da się porównać do niczego innego. Trochę przypomina zapach starej ścierki, trochę rozgotowanej kapusty. Gdy już dotarłem do stołówki, okazała się wyglądać jak każda inna stołówka. Czysta, krzesła poukładane równo przy stolikach, ceraty na stołach. Ponieważ był weekend kuchnia była nieczynna. Słowem - nie biegały tam szczury, nie widziałem karaluchów. Był tylko zapach, który sprytnie nie był na tyle silny, żeby wzywać Sanepid, ale wystarczająco, aby obrzydzić jedzenie.

No ale, stołówka to stołówka - odważnie i drogą dedukcji dochodzę więc do wniosku, że ów zapach jest związany z jedzeniem. Więc w przerwie między kibicowaniem szachistom rzucam okiem na menu. A tam… W zasadzie nic szczególnego. Ziemniaki, zupy, kotlety i marchewki. Czyli zwyczajne menu, jakich pełno w szkołach tego świata. Nie ma pozycji: “stara kasza do wcierania w blaty”.


"Za moich czasów też tak pachniało"
Kolejną przerwa między partiami wykorzystuję na krótką rozmowę z innymi rodzicami. Przez otwarte drzwi zapach wdziera się na salę gimnastyczną, więc pretekst mam.

“U mojego syna też tak jest” - słyszę od ojca nr 1.
Numer 2 wspomina, że “za jego czasów” w jego szkole też pachniało (?) tak samo, więc po prostu nic się nie zmieniło. Wywiązuje się mini-dyskusja, do rozmowy włączają się inni.
Ojciec 2: “Wie pan, jak byłem dzieckiem to mi to nie przeszkadzało, więc pewnie i teraz dzieciakom nie przeszkadza”.
Ojciec 3: “Przeszkadza, nie przeszkadza, ale ciekawe, że w żadnej knajpie tak nie śmierdzi”.
Ojciec 4: “Mój syn tu chodzi - zazwyczaj jest lepiej, bo teraz weekend i okna zamknięte. Ale czuć i tak cały czas”.Koniec dyskusji, zaczyna się następna szachowa runda.

Zapachowa zagadka pozostała nierozwiązana w tym sensie, że nikt nie odszukał jej źródła. Podejrzewam jednak, że po prostu nie było to nic konkretnego, nic co można wynieść i wyrzucić do kosza. To raczej kwestia fatalnej wentylacji, słabych wyciągów. Przez lata zapach “wchodzi w ściany” i łatwo nie jest się go pozbyć.

Szkolne menu - im taniej tym lepiej
Wczuwają się jednak w rolę stołówkowego detektywa postanowiłem sprawdzić jak to z tymi obiadami jest. Wydaje się, że czasy gotowania posiłków na miejscu, w szkole odeszły. Każdy z przepytanych “na tę okoliczność” znajomych stwierdził, że w szkole jego dziecka jedzenie jest dowożone. Na miejscu jest jedynie odgrzewane. Szkoły oszczędzają, więc zamiast zatrudniać kucharzy organizują przetargi, a wygrane firmy przygotowują obiad. Kłopot w tym, że - jak to w przetargach - decyduje cena, więc część firm próbuje dać jak najniższą ofertę. Oszczędza się na wszystkim - od kosztów samych produktów, przez ich przygotowanie, aż do transportu.

Zupa z proszku
Na papierze nie wygląda to źle. Spoglądając na specyfikację przetargową jednej ze szkół, czytamy, że “jadłospis powinien być urozmaicony, rodzaj potrawy nie może powtarzać się w tym samym tygodniu”. Dodatkowo, “potrawy powinny być lekkostrawne, przygotowane z surowców wysokiej jakości, świeżych, naturalnych, mało przetworzonych, z ograniczoną ilością substancji dodatkowych”.

I to wcale nie prawda, że tanie nie da się dobrze. Są szkoły, w których za te same pieniądze menu dzieci przypomina marzenie dietetyka. Posiłki z warzywami, gotowane, a nie smażone mięsa, zupy z naturalnych składników. Głosy “zdrowe to niesmaczne” i “nie sztuka ugotować, jak później nie zjedzą” można zagłuszyć widokiem pustych talerzy. Kwestia doprawienia, pomysłu, znalezienia lepszych dostawców. Wcale nie pieniędzy.

Ale nie brakuje takich, w którym można odnieść wrażenie, jakby kucharz nie lubił dzieci. Zupy z proszku, rozgotowane ziemniaki, smażone kotlety albo za miękki makaron. Problem widzą rodzice, którzy skrzykują się na forach i dyskutują, co zrobić, aby poprawić jakość obiadów.
Problem widzą rodzice, którzy skrzykują się na forach i dyskutują, co zrobić, aby poprawić jakość obiadów.
Choć i tak powinni się cieszyć, że mają o czym dyskutować. Z danych GUS za 2013 rok wynika, że niewiele ponad 50 proc. podstawówek ma stołówkę. Jeszcze gorzej jest w gimnazjach, gdzie jest ona dostępna tylko w około jednej trzeciej placówek.

A co z tym zapachem? Będzie apel. W imieniu rodziców wszystkich dzieci - o częstsze wietrzenie stołówek, o zmianę ceraty częściej niż raz w roku. O dokładniejsze mycie podłóg. O starania, aby to nie zapach szkolnej stołówki był tym, co łączy pokolenia. Lepiej niech to będzie wyśmienity smak potraw.

PS. Po turnieju zabraliśmy dzieci do kawiarni na ciastka. Pachniało kawą.
Trwa ładowanie komentarzy...