Wkręceni w późne rodzicielstwo. Urodzenie dziecka po trzydziestce wcale nie oznacza, że będzie łatwej

Wiele kobiet odkładało macierzyństwo na później licząc, że mając kilka lat doświadczenia łatwiej im będzie na rynku pracy.
Wiele kobiet odkładało macierzyństwo na później licząc, że mając kilka lat doświadczenia łatwiej im będzie na rynku pracy. Fot. 123 RF
Brałam niedawno udział w spotkaniu, na którym były same kobiety. Część z nich miała dzieci, część nie. Wszystkie były między trzydziestką a czterdziestką. Wszystkie żałowały, że nie urodziły dziecka kilka lat wcześniej. Te, które zdecydowały się rodzić późno, uwierzyły rodzicom i pracodawcom, że tak będzie lepiej dla nich i dla świata. Te które nie mają dzieci, są przekonane, że rodząc dziecko po dwudziestce, straciłyby mniej niż gdyby się na nie zdecydowały teraz.

Wśród nas na pewno jest wiele kobiet, które wcale o dzieciach nie marzą. One nie zdecydują się na nie ani wcześniej, ani później ani nigdy. Wiele jest też takich, które uważają, iż urodzenie dziecka po trzydziestce było najrozsądniejszą decyzją w ich życiu. Są na pewno też takie, które są przekonane, że dopiero kobieta po trzydziestce jest w pełni przygotowana do rodzenia i wychowania dziecka.



Jest też wiele tych, którym tłumaczono, że im później pojawi się dziecko, tym będzie im w życiu łatwiej. I co? I bardzo często okazywało się, że jest niczym niepotwierdzona teoria.

Pierwsze dziecko po trzydziestce
Na stronach Głównego Urzędu Statystycznego czytamy, że najwięcej dzieci rodzą kobiety między 30 a 34 rokiem życia. A obecnie średni wiek urodzenia pierwszego dziecka w Polsce wynosi 29.2. O niemal cztery lata później niż w 1990 r.

Wkurza mnie jednak porównywanie rodzących późno swoje dzieci kobiet do zimnych egoistek, dla których liczy się tylko kariera i zaspokajanie własnych zachcianek kosztem ewentualnej rodziny. Nie trafia do mnie także gadanie, że celowo nie decydują się na dziecko obawiając się utraty figury czy obwisłych piersi. Ale jak najbardziej trafia do mnie argument, że byliśmy wychowywani w taki sposób i w takich warunkach, by nasze dzieci przychodziły na świat później niż wcześniej.

Od Adama i Ewy
W ubiegłym roku świętowaliśmy 25 rocznicę pierwszych wolnych wyborów w powojennej Polsce. Równolegle z możliwością głosowania w naszym kraju zaczął wówczas kształtować się wolny rynek. Pojawili się zagraniczni inwestorzy, nowoczesne firmy i przekonanie, że dzięki ukończonym studiom, znajomości języków i odrobinie oleju w głowie można społecznie i finansowo zajść naprawdę daleko. Robiło się Karierę przez duże K.

Ale najpierw trzeba było skończyć studia. Rodzice, pamiętając doskonale szybkie bogacenie pewnych grup społecznych od dzieciństwa tłumaczyli, że jedyną drogą do sukcesu jest dyplom. Nawet nieważne jakiej uczelni.

Uczyłyśmy się więc pilnie, czytałyśmy książki, studiowałyśmy na uniwersytetach, nie piłyśmy wina po krzakach, działałyśmy w wolontariatach i zaliczałyśmy kolejne staże. Dziecko w tym czasie oznaczałoby często problemy na uczelni, bo o tym, by zacząć pomagać studiującym mamom zaczęto mówić dopiero teraz. O ile lat za późno?

Po studiach trudno też było myśleć o dziecku, gdy okazało się, że cała nasza praca w czasie studiów nie jest szczególnie interesująca dla firm, z którymi chciałybyśmy się związać. Wysokie pensje, służbowe samochody i wysoki status społeczny okazał się senną mrzonką, a my zakasałyśmy rękawy i budowałyśmy swoją pozycję zawodową krok po kroku. Od czasu do czasu zazdroszcząc tym, którzy załapali się na okres „złotych karier.” I wciąż wierzyłyśmy, że po magicznej trzydziestce przyjdzie ten moment, kiedy będziemy mogły trochę odpuścić. I znajdziemy czas dla rodziny.

Pracodawcom do świętości daleko
Z zapału młodych ludzi skwapliwie korzystali pracodawcy. Przy wysokiej stopie bezrobocia dokręcali śrubę i kazali wybierać: dziecko albo praca. To nie były czcze pogróżki, bo rzeczywiście pytania o stan cywilny i plany prokreacyjne były podczas rozmów kwalifikacyjnych na porządku dziennym.

Żyjąc w strachu o pracę wiele z nas wyhodowało w sobie więc przekonanie, że na dziecko przyjdzie czas wtedy, gdy pozycja zawodowa i materialna będzie ustabilizowana. I teraz te plany staramy się realizować właśnie teraz.

Ale... okazało się, że nie była to jednak recepta na sukces. Są oczywiście firmy, które na świeżo upieczone mamy czekają z otwartymi ramionami, oferując nie tylko etat i równie wysokie wynagrodzenie co przed ciążą, ale nie czarujmy się – nie wszystkie tak działają.

Wiele moich koleżanek po powrocie z macierzyńskiego zostało pozbawione zostały stanowiska („no bo teraz masz mniej czasu i lepiej będzie jak zajmiesz się dzieckiem”), premii, służbowego telefonu/samochodu czy po prostu bezceremonialnie ścięto im pensję czy zamieniono im etat „kontrakt menedżerski.” Mówiąc wprost umowę śmieciową lub zmuszono je do założenia własnej działalności gospodarczej. Byle tylko, nie daj Boże, nie płacić za zwolnienie lekarskie "na dziecko."

To oznacza, że „po dziecku” i tak musi budować swoją karierę zawodową od początku. I mając trzydzieści parę lat, znów jesteśmy w punkcie wyjścia. Fakt, zdobyłyśmy już doświadczenie, ale dla pracodawców czasami ma ono mniejsze znaczenie niż to, że mamy małe dziecko. Tak jakby myśleli, że nasze życie koncentruje się teraz tylko wokół prania pieluch, chociaż przecież przeważnie używamy jednorazowych.

A nasze dzieci dorosną wtedy, gdy będziemy już po pięćdziesiątce. Gdyby pojawiły się dziesięć lat wcześniej, byłyby samodzielne wtedy, gdy my jesteśmy jeszcze młode. Czy naprawdę warto było odkładać marzenia o rodzinie?
Trwa ładowanie komentarzy...