Marketingowy bełkot, czyli jak wydać mniej na dziecko

Fot. The Brick Guy / http://skroc.pl/b7b55 / CC BY / http://goo.gl/mP76hm
Ktoś kiedyś powiedział w finansowej dyskusji, że na dzieci można wydać “wszystko co można wydać”. Pieniędzy rodziców pilnują wielkie i małe firmy - troszczą się zawzięcie, aby jakiś rodzic przypadkiem na dziecku nie zaoszczędził. Od ubrań po zabawki, od tornistra po kształt widelca - tysiące marketingowych przekazów codziennie przekonuje rodzica, że jeśli kocha to musi kupić. Jeśli dziecko nie ma, to jest nieszczęśliwe. Albo będzie chore. A jak nie chore, to na pewno głupie.

A może… (aż strach napisać)... to wszystko wielka ściema? Może czas przestać dawać robić z siebie idiotę? Wystawić środkowy palec w czasie bloków reklamowych. Ze złośliwym uśmiechem udowodnić sobie/światu, że szczęśliwego, mądrego i fajnego człowieka można wychować za ułamek tego, co wmawia się rodzicom.

Zabawki przede wszystkim
Co “każe” się kupować rodzicom? Pierwsze skojarzenie - zabawki. Marketingowcy są czujni i już od pierwszych tygodni dziecka przekonują, że absolutnie niezbędne są dla niego wszelkie “rozwijające koordynacje półkul” karuzele nad łóżeczko. Warto się przyzwyczaić, bo od tego momentu wszelakie edukacyjne walory będą w reklamach towarzyszyć prawie każdej zabawce. Nawet o najgłupszej można przecież powiedzieć, że “rozwija wyobraźnię”... Bo kto udowodni, że nie rozwija? A przecież każdy rodzic chce mieć dziecko z rozwiniętą wyobraźnią…
Zabawki zaczynają stanowić oddzielną i niemałą pozycję w domowym budżecie. Bombardowanie reklamami z czasem obejmuje też i dziecko, które w cudownie łatwy dla producenta sposób daje się wmanipulować w walkę o portfel rodzica. W domach pojawiają się lalki, domki, samochodziki, klocki oraz milion innych “niezbędnych i rozwijających” artykułów. Sterta rośnie. Te dzisiejsze przykrywają te sprzed tygodnia. Świąteczne są na urodzinowych. A za chwilę jeszcze kolejna okazja....

Chwile otrzeźwienia przychodzą, gdy zabawki “wypełzają” z dziecięcego pokoju. Gdy klocek wpada do odkurzacza, a porzuconą lalkę pogryzł pies. Słychać wojownicze okrzyki rodziców - “za dużo macie tych zabawek i dlatego nie szanujecie”. Jakby to dziecko samo sobie je kupiło. Poza tym, to tylko “chwila otrzeźwienia” - szybko się pojawia i równie szybko mija.


Nie ma chyba na świecie pedagoga czy psychologa, który powiedziałby, że zabawki same w sobie to coś złego. Ale nie brakuje takich, którzy mówią, że ich nadmiar szkodzi - nie tylko domowym finansom, ale także samemu dziecku. Raz, że czym więcej zabawek tym dziecku trudniej uczyć się koncentracji. Chwilę pobawi się tym, sięgnie po tamto… Dwa - mając zabawki “na każdą okazję” zabijana jest wyobraźnia. Nie ma sensu wyobrażać sobie, że konik to dinozaur, skoro obok na półce leżą trzy “prawdziwe” dinozaury….
Wiedząc to i patrząc na pokój dziecięcy wielu rodziców pewnie pomyśli, że już za późno. Mleko się rozlało - pieniądze wydane, a marketingowcy od zabawek wygrali. Ale - jak mówił Aragorn w “Powrocie Króla” - THIS DAY WE FIGHT! Po pierwsze nieużywane zabawki można sprzedać. Oczywiście ich początkowej wartości nie odzyskamy, ale zawsze to małe zwycięstwo (przy okazji należy jednak uważać, aby nie stracić kolejnej fortuny pozbywając się zabawek wartych kiedyś duże pieniądze). Pojawią się pieniądze i więcej miejsca.

Po drugie - wielu ekspertów radzi, aby zabawki po prostu chować dzieciom. Okazuje się, że nie widziane przez miesiąc lalka czy miecz sprawiają - po ich ponownym odkryciu - dzieciom tak samo wiele radości, co nowe. Zabawkowy recycling to świetny sposób na duże oszczędności i kolejny powód, aby zignorować namowy sklepów.

Po trzecie, po czwarte i po milionowe - zabawa z rodzicami jest lepsza od najlepszej zabawki. Wspólnie wystrugany miecz, uszyta lalka albo zrobiony z kartonu zamek/garaż/domek będą dla dziecka fajniejsze niż te ze sklepu. Oby tylko znaleźć na to czas i siłę, co niestety jest najtrudniejsze. O tym, że warto przekonują i eksperci i intuicja każdego rodzica. A o tym, że czasowo trudno - codzienne doświadczenie wielu z nich.

Ubrania
Ale bitwa o parentingowe finanse toczy się na wielu polach, a zabawki to tylko jedno z nich. Olbrzymie pieniądze do wydania tylko czekają na rodziców, którzy chcą swoje dzieci ubrać. Galerie i sklepy w działach dziecięcych przekonują i namawiają do strojenia maluchów w coraz to nowsze i modniejsze stroje. Spodnie uszyte z kawałka materiału mniejszego od kuchennej ścierki kosztują ponad sto złotych. Koszula, której powierzchnię łatwo pomylić z chusteczką - drugie tyle. Marża na tych produktach musi być ogromna - trudno więc się dziwić, że wmawia się, że bez nich dziecko będzie wyglądać brzydko i niemodnie. Są nawet specjalne pokazy dziecięcej mody.
Szafka z ubraniami dla dzieci szybko zamienia się w szafę. Pięciolatek ma więcej swetrów niż ojciec, a siedmiolatka sukienek od matki. Wszystko oczywiście na jeden sezon (oby!), bo za chwilę będzie za małe. Albo jeszcze szybciej podziurawione, porwane i poplamione jagodami. Zakupy co chwila zaczynają się od początku, ku uciesze sprzedawców i smutku rodzicielskiego portfela.

Oczywiście nie chodzi tu o to, aby ubrań nie kupować w ogóle. Albo specjalnie kupować te najbrzydsze i najgorszej jakości. Ale ręka w górę kto zamiast wyrzucić dziurawe na kolanie spodnie naszywał do na nie łatę? Albo przyszył urwany suwak, czy oddał zniszczone buty do szewca… (dwie ręce w górę kto w ogóle wie, gdzie ma w okolicy szewca).

Poza tym dzieciom (do pewnych granic) naprawdę jest obojętne w co są ubrane. Długo nie widzą żadnej różnicy w tym, czy jeansy są markowe, czy nie. Liczy się tylko, czy są wygodne. I czy dobrze ślizgają się po szkolnym korytarzu.

Jedzenie
Zabawki, ubrania i...? Oczywiście jedzenie. To, co jeszcze niedawno nie mieściło się w głowie matek i ojców zaczyna przybierać rozmiary przemysłu. Specjalne jedzenie dla dzieci. Inne - i jak przekonują producenci - właściwsze od tego, które jedzą rodzice. W niejednym domu nie gotuje się już obiadu, ale obiaDY. Jeden dla dorosłych, drugi dla dzieci. Nie chodzi o niemowlaki, ale o starsze, kilkuletnie dzieci.
Inne płatki śniadaniowe, inne jogurty, paluszki rybne czy specjalne desery. “Uśmiechnięte” - przekonują producenci. Cokolwiek miałoby to znaczyć. Dzieci faktycznie bardzo je lubią - bo są słodsze, albo bardziej wysmażone. Totalna zdrowotna i finansowa porażka - wszystkich oprócz producentów i sprzedawców.

Złoty środek
W walce o pieniądze i zdrowy rozsądek wcale nie chodzi o to, aby zacząć chodzić w kapciach z liści, jeść tylko samodzielnie wyhodowaną marchewkę, a całymi dniami bawić się z dzieckiem znalezionym patykiem. Chodzi o słynny “złoty środek” - równowagę pomiędzy wydawaniem fortuny, a nie wydawaniem nic. Choć i “nic” się da - udowodniła to Hattie Garlick, angielska mama i blogerka, która postanowiła “przetrwać” rok bez wydawania ani funta na dziecięce zachcianki, zabawki, specjalne jedzenie, etc. I choć przyznaje, że momentami było trudno, to nie żałuje swojej decyzji.
Trwa ładowanie komentarzy...