Święta bez scenariusza. Prawdziwe są tylko te, które są od początku do końca nasze

Święta po rozstaniu są trudne. Ale z roku na rok będą to coraz bardziej nasze święta. Takie bez scenariusza.
Święta po rozstaniu są trudne. Ale z roku na rok będą to coraz bardziej nasze święta. Takie bez scenariusza. Fot. Karl Wagner / http://bit.ly/1zBlpDp
Wszystko jest po coś. Zawsze w to wierzyłam. Spotkania. Smutek. Kryzysy. Święta są kontynuacją życia. Takiego, jakie jest. Trzy lata temu wierzyłam, że trzeba jeść karpia i startować w konkursie na choinkę roku. Gdyby nie pytanie Tosi, czy nasze święta są prawdziwe, nie wiem, gdzie byłabym dziś. Może nawet wróciłabym na Wigilię do Teściów?

Dla mnie ostatnie lata to odkrywanie świąt, które przestały dla mnie istnieć ponad trzy lata temu – opowiada Maria, mama 7-letniej Tosi i 11-letniego Kuby. – Wtedy wyprowadziłam się z dziećmi do rodziców i złożyłam pozew o rozwód. Był środek grudnia, śnieg sypał jak szalony, ludzie szykowali się do świąt, a ja zbierałam rozsypane kawałki swojego życia, by upchnąć je do worka tak, by nie zajmować dużo przestrzeni w małym mieszkaniu moich rodziców.

Wiedziałam, że Tomasz nigdy mi tego nie wybaczy, ale niewiele mnie to wtedy obchodziło, bo myślałam tylko o tym, by przestać się bać. Wiecznego niezadowolenia. Wymagań, których nie byłam w stanie spełnić. Kłótni.. Standard. Nie ja jedna przeżywałam to w swoim domu. Grupa terapeutyczna zabrała mi wyjątkowość mojego nieszczęścia, ale dała siłę, by to przerwać. Zabrałam dwie walizki, kilka maskotek dzieci, ulubioną płytę, szczoteczki do zębów i pojechałam do rodziców.

Pierwsze święta były najsmutniejsze. Smażyłam karpie, których nie znoszę, a ukradkiem wycierałam łzy, aby dzieciaki tego nie widziały. Zaczęliśmy Wigilię o 15, bo punkt 17 Tomasz zabierał dzieci do dziadków. Kazał sprowadzić je na dół, bo nie zamierzał przekroczyć progu mieszkania moich rodziców. Staliśmy na mrozie, a dzieci pytały, czy muszą z nim jechać.


Zaciskałam zęby i tłumaczyłam, jakie to świetne, że dostaną tyle prezentów i że babcia piecze najlepszy makowiec na świecie, a dziadkowie mają duży piękny dom i wielką choinkę. - Tam są prawdziwe święta - mówiłam, co myślałam, wspominając wspólne kolędowanie we wspaniałej atmosferze wielkiej rodziny Tomka.
– A nasze nie są prawdziwe?- zapytała Tosia. Są, będą, nie wiem...

Odbudowywałam tę prawdziwość przez kolejne dwa lata i dłużej. Następna Gwiazdka już w naszym małym wynajętym mieszkaniu, gdzie choinka zablokowała wejście do kuchni. Duża, pachnąca, rozłożysta. Sama wtaszczyłam ją na drugie piętro.

I co teraz? Nagle myśl, że nie mam pojęcia, jak się ubiera choinkę. To znaczy, pamiętam, jak w domu rodziców ubieraliśmy z bratem, ale odkąd byłam z Tomkiem, choinka była u dziadków bezkonkurencyjnie piękna, ze smakiem i minimalizmem ich stylu. Nasze pierwsze bombki z Tesco, trochę z zajęć plastycznych Tosi, migający sznur świateł. Za mało, przaśnie, chaotycznie, bo łyso z jednej strony, a z drugiej nadmiar. Ale śmiech. Błyszczące oczy dzieci, kolędy w tle i miłość. Nasza prawdziwość dopiero się wykluwa.

Tym razem Tomasz zabiera dzieci w pierwszy dzień świąt do Zakopanego, mamy Wigilię tylko dla siebie. Przychodzą rodzice, brat, przyjaciółka z synem i sąsiad z naprzeciwka. Okazuje się , że potrafię piec sernik, a makowiec można zrobić za pomocą puszki wilgotnego pysznego maku. Ryby do dupy, śledź za słony, ale sałatka jarzynowa mistrzowska. Dzieci przed snem proszą o jogurt i jajecznicę. Taka matka kucharka.

Prezenty po dwa, ale trafione. Kuba cały dzień pilotuje samolot zdalnie sterowany, a Tosia urządza karaoke z nowym mikrofonem i zestawem do odtwarzania muzyki. Wieczorem gramy w Farmę i jedziemy na pasterkę ponad 60 kilometrów do małego kościoła, który odkryła przyjaciółka latem. Dzieci zasypiają w samochodzie, a ja nie wiem, czy to dobry pomysł ciągnąć je tak późno pod miasto. Nie jestem pewna, czy to nasza prawdziwość, czy moja fanaberia.

W ogóle nie wiem, co jest moje, co było Tomka, a co należy do innych. – Masz dobrą intuicję, będziesz wiedziała, co robić- słyszę głos Babci, którą pytam kiedyś, czy wyjechać na studia do stolicy. Przypominam sobie, że mam intuicję. Dzięki niej trafiamy na najpiękniejsza pasterkę, jaką kiedykolwiek widziałam. Rozbudzone dzieci patrzą na iluminacje świateł, żywe zwierzęta w szopce obok kościoła, wszyscy wsłuchani jesteśmy w piękny chór Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Mam dreszcze ze wzruszenia, a dzieci ściskają mnie za ręce. Wiem, że to jest nasze.

W tym roku Tomasz zabiera dzieci do swojej nowej rodziny (ma partnerkę z dziećmi), więc nie uda nam się zorganizować wspólnej wieczerzy ani wybrać się na pasterkę. Cóż, nasze święta są rozpisane na najbliższe dziesięć lat. Doceniam jednak to, że nie musiałam stać przed blokiem z dziećmi jak wcześniej, bo Tomasz wszedł po nie na górę.

– Ładna choinka - skomplementował nasze drzewko, które oprócz bombek z Tesco ma teraz pierniczki własnej roboty, cukierki na kolorowych sznurkach, a nawet małe krasnale ze Szwecji, które przysłała koleżanka. A przepiękną turkusowo-srebrzystą Gwiazdę na czubku choinki dostaliśmy w prezencie od Teściowej. To znaczy dzieci dostały, ale wiem, że dużo ją to kosztowało, bo choinka dzieci to moja choinka, dzieci to ja, święta to my. Tak, musi to zaakceptować, tak jak ja to, że nie wszystkie święta mogą spełniać moje wyobrażenie świąt.

W tym roku zostaję sama, bo tak chcę. Przygotowałam dla siebie barszcz z uszkami i kupiłam pysznego sandacza na bazarku w ulubionej budce, gdzie pani sprzedaje ryby własnej roboty. Obejrzę sobie „Love actually“ i przeczytam reportaż o Afryce, który zalega na mojej półce. Mam sporo marzeń, w tym podróż do Afryki, którą zarezerwowałam sobie na przyszły rok. Zaczęło się od świąt, a przeniosło na całe życie. Odkrywanie swojej prawdziwości. Choinka. Makowiec. Pasterka. Sandacz. Samotność, która przestała straszyć. Afryka. Żyłam, nie żyjąc, a teraz okazało się, że nie żyjąc, nagle żyje. Jestem więc neofitką życia.

Wszystko jest po coś. Zawsze w to wierzyłam. Spotkania. Smutek. Kryzysy. Święta są kontynuacją życia. Takiego, jakie jest. Trzy lata temu wierzyłam, że trzeba jeść karpia i startować w konkursie na choinkę roku. Gdyby nie pytanie Tosi, czy nasze święta są prawdziwe, nie wiem, gdzie byłabym dziś. Może nawet wróciłabym na Wigilię do Teściów?

Przestałam pożyczać prawdziwość od innych, bo mam swoją własną. Mówię to znad pojedynczego talerza, z którym w tym roku spędzę święta. Wiele chwil ostatnio spędziłam ze sobą samą i było mi przyjemnie. Czuję, że takie święta są w tym roku najprawdziwsze. A za oknem nie ma śniegu, więc ci, którzy wpisali je w sztywny scenariusz swoich świąt- mogą być rozczarowani. A ja nie. Bo ja już nie piszę takich scenariuszy. Bo scenariusze niestety często mijają się z prawdą. Naszą prawdą.
Trwa ładowanie komentarzy...