Święta są fajne, ale wcale nie muszą oznaczać, że nasze życie zostanie przewrócone do góry nogami

Święta trwają tylko dwa dni, więc wywracanie w tym czasie życia dzieci do góry nogami jest kompletnie bez sensu.
Święta trwają tylko dwa dni, więc wywracanie w tym czasie życia dzieci do góry nogami jest kompletnie bez sensu. Fot. 123 RF
Granice i zasady oczywiście są ważne, ale Święta, to Święta - przez te jedynie trzy dni wszystkim będzie milej i lżej, jeśli poprzeczka wymagań obniży się do poziomu “niech robi co chce, byle bezpiecznie”

To słowa, które kilka dni temu napisał mój redakcyjny kolega Dawid Bartosik. I udowadniał, że na wychowywanie jest wiele dni w roku. A w Boże Narodzenie można sobie odpuścić. Ale czy tak jest na pewno?

Mnie jednak się wydaje, że odrobina luzu więcej jest może i w porządku, ale jednak trzeba cały czas poruszać się w wyznaczonych granicach.

Święta trwają trzy dni, a potem dziecko trzeba przywoływać do porządku przez co najmniej dwa tygodnie.
Monika Perkowska
psycholog dziecięca

Takie odpuszczenie wszystkich dotychczas obowiązujących zasad jest złe dla całego procesu wychowawczego. Dziecko, zwłaszcza małe, może się w tym pogubić.

Ale – łatwiej powiedzieć niż zrobić. Tym bardziej, że przy świątecznym stole poza nami i naszymi dziećmi znajduje się grupa osób, które mają zupełnie inne zdanie, niż my. I co gorsza, są przekonane, że to one mają rację.

Babcine zasady
„Ciebie wychowałam, to i twojemu dziecku krzywda się u mnie nie stanie” – mówi babcia i podtyka ukochanemu wnusiowi piętnastą czekoladkę jakby zupełnie nie pamiętając o tym, że chwilę wcześniej dziecko zjadło już trzy ciasteczka i popiło sokiem. Na nasze protesty, że za chwile obiad, a po takiej ilości słodyczy już nic nie zje, babcia nie zwraca uwagi. Jakby nie słyszała.

Kontakt ze światem wraca jednak w tym momencie, gdy dziecko rzeczywiście nie chce zjeść posiłku. „Dlaczego ty nie potrafisz go nakarmić, przecież on tak słabo rośnie. A NIC dziś przecież nie jadł.” Bo czekoladki to przecież żadne jedzenie. Zgoda, że żadne, ale kalorie robią swoje. Puste kalorie.


„Wiem lepiej” to jedno z najczęstszych zdań, jakie padają przy świątecznym stole. Polacy kłócą się zawzięcie o politykę, religię i o wychowanie dzieci. W tym ostatnim przypadku zawsze najmniejszą wiedzę na ten temat ma rodzona matka. Drugie miejsce dzielnie piastuje ojciec.

Konflikty między rodzicami a resztą rodziny nie dotyczą tylko tego, co dzieci mają jeść, ale także tego, ile czasu oglądają telewizję, grają na komputerze i o której chodzą spać. Argumenty typu: po świętach trudno będzie im wrócić na właściwe tory zmywa się śmiechem: Ale ty drętwa jesteś.

– Podkopywanie autorytetu rodzica przy dziecku to fatalne rozwiązanie, które nie mają nic wspólnego z dobrem dziecka. Różnorodność prezentowanych przy świątecznym stole zasad powoduje, że dziecko ma mętlik w głowie i już nie wie, co jest właściwe, a co nie – wyjaśnia Monika Perkowska, psycholog dziecięca.

Profilaktyka czy kłótnie?
Jedna uwaga, druga, dziesiąta... ile jest człowiek w stanie znieść? Zależy od granic, ale prędzej czy później dochodzi do eksplozji. - Stół świąteczny jest tym miejscem, gdzie bardzo często dochodzi do kłótni – zwraca uwagę Izabela Kobierecka, psycholog prowadząca m.in. szkolenia dla rodziców.

Czy można tego uniknąć? Zdaniem ekspertów tak, jeśli zawczasu postaramy się dogadać z rodziną. – Czasami wystarczy zwykły telefon przed świętami i prośba o to, by np. nie przekarmiać dzieci słodyczami – wyjaśnia Perkowska i dodaje, że coraz częściej docierają do niej informacje o tym, że ta metoda się sprawdza.

A co, jeśli trafimy na wyjątkowo odporny na uwagi i pozbawiony taktu egzemplarz Ciotki – Klotki? – Swoją rodzinę raczej znamy i jeśli wiemy, że ciocia nie odpuści, to mówimy przed wyjściem dziecku, że ciocia ma inaczej niż mama, więc na czas pobytu u niej w domu, będą obowiązywały inne zasady. Ale one kończą się w tym momencie, gdy tylko z powrotem przekroczymy próg własnego mieszkania – podsumowuje Kobierecka.
Trwa ładowanie komentarzy...