Ratunku! Moje dziecko ma talent

Każde dziecko ma jakiś talent
Każde dziecko ma jakiś talent Fot. woodleywonderworks / http://skroc.pl/0a066 / CC BY / http://goo.gl/cOVloC
Z talentem dziecka jest jak z diamentem. Trudno go w ogóle rozpoznać, jeszcze trudniej oszlifować, a okazji przy tym do zepsucia co nie miara. I strachu, że to fałszywy kamień. Ale warto, bo brylant, który może z tego powstać to wielka dla rodziców nagroda. Choć i tak wszystko zależy od dziecka.

Przepis na talent
A oto przepis na światowej sławy muzyka/tenisistę/aktora/malarza/….



1. Jedno dziecko (albo więcej)
2. Kilka lat obserwacji (zazwyczaj pierwsze trzy lub cztery lata życia dziecka)
3. Odszukanie w nim talentu lub talentów
4. Wspieranie rozwoju talentu

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to po kilkunastu latach rodzice:
1. nie muszą się martwić (małą) emeryturą z ZUS
2. są zapraszani do sal koncertowych/korty tenisowe/teatrów/muzeów/….
3. (najważniejsze) szczęśliwi patrzą na szczęśliwe dziecko

Każde dziecko ma talent
Diabeł tkwi w szczegółach, a szczegółów niestety w tym przypadku jest mnóstwo. Według specjalistów, każde dziecko jest jakoś szczególnie uzdolnione. Problem w tym, że nieraz trudno jest ten talent zobaczyć.

Na co zwracać uwagę? Na to, co dziecku sprawia najwięcej radości. Na to, czym się bawi, jak się bawi. Może buduje cudowne konstrukcje z klocków? A może nic, tylko mu rysowanie w głowie… Dzięki temu, można wyłowić zainteresowania, a stąd już krok do talentu. Problem w tym, że rodzicowi trudno być obiektywnym. Nie dość, że uważa, że rysunki dziecka są zawsze najpiękniejsze, to jeszcze nie ma zwykle porównania z innymi dziećmi.

Dlatego często o talencie dziecka przekonuje rodzica przedszkole. To tam okazuje się, że dziecko liczy najlepiej w klasie, albo śpiewa najpiękniej.

Zaakceptować talent
Ale samo znalezienie talentu to tylko początek. Przed rodzicami trudne zadanie - zaakceptować talent. Wszyscy (?) rodzice chcą, aby dziecko było kimś - od prawnika i lekarza, przez archeologa, aż do prezesa banku. Rzeźbiarz w tych ojcowskich i matczynych marzeniach pojawia się rzadko. Przecież zarobki, przecież prestiż, przecież stabilizacja...
Jednak zazwyczaj, gdy dziecko jest małe, rodzice cieszą się, że “Antoś ma zainteresowania”. I w miarę możliwości wspierają go, tym bardziej, że na początku jest w miarę łatwo. Kółka zainteresowań, drużyny piłkarskie, specjalne zajęcia - oferta na rynku jest bardzo szeroka i można znaleźć coś dla praktycznie każdej zdolności. A jak nie ma “w realu”, to z pewnością w internecie znaleźć można wskazówki, jak rozwijać to, czy tamto.

Czym później tym trudniej
Schody zaczynają się później. Jeśli zainteresowanie “samo nie przeszło”, a wręcz przeciwnie - dynamicznie się rozwija to przed rodzicami stają coraz większe wyzwania. A wsparcie nie polega już na dowiezieniu dziecka dwa razy w tygodniu na godzinne zajęcia do pobliskiego Domu Kultury.

Treningi, ćwiczenia, zajęcia zaczynają pochłaniać coraz więcej rodzinnego czasu. Są codziennie, a nieraz dwa razy dziennie. Rodzice obserwują, jak dziecku zaczyna brakować czasu na “coś jeszcze”. Nie jest z tym jeszcze tak źle, jeśli talent jest sportowy - szkoły sportowe są na każdym etapie nauki. Potrafią tak poprowadzić swego ucznia, żeby oprócz kopania piłki znał twierdzenie Pitagorasa. Gorzej, jeśli talent jest rzadki - wtedy trzeba pilnować samemu. Godzić ćwiczenia śpiewu, z nauką ortografii.

Ale kłopoty z czasem to tylko część kłopotów. Bo talent kosztuje. Ile dokładnie nie wiadomo - zależy od tego, czy gra się w golfa, czy rzeźbi w zapałkach. Ale potrafi dużo - dobrym przykładem są tutaj rodzice najbardziej znanych polskich tenisistów - Agnieszki Radwańskiej i Jerzego Janowicza. Zgodnie twierdzą, że prowadzenie kariery dzieci kosztowało ich setki tysięcy złotych.

"I tak nic z tego nie będzie"
Rodzice boją się też, że dzieci stracą czas, a oni pieniądze, a “i tak z tego nic nie będzie”. Statystyki faktycznie mogą wzbudzać obawy - setki tysięcy dzieci biega z piłką, a Lewandowski jest jeden. A Matejko to już nawet nie jest, a był. Może lepiej jednak to prawo? Może lepiej przestać płacić i “w końcu zmusić do nauki czegoś pożytecznego?”.

To oczywiście indywidualna decyzja każdego rodzica, ale - jeśli tylko jest taka możliwość - NIE!. Można tutaj napisać tysiąc słów, ale najlepiej chyba przytoczyć fragment znanego przemówienia Steva Jobsa, wygłoszonego do studentów:
Steve Jobs

Wasza pra­ca wy­pełni dużą część wasze­go życia i je­dynym spo­sobem, aby być nap­rawdę usa­tys­fak­cjo­nowa­nym, jest ro­bienie cze­goś, w co wie­rzy­cie, że jest czymś wiel­kim. Je­dynym spo­sobem na ro­bienie wiel­kich rzeczy jest ro­bienie cze­goś, co się kocha. Jeśli jeszcze te­go nie zna­leźliście - szu­kaj­cie da­lej. Nie idźcie na kom­pro­misy. Jak w wielu przy­pad­kach, ser­ce po­wie wam, kiedy to znaj­dziecie. Jak w każdym dob­rym związku, będzie co­raz le­piej wraz z mi­jający­mi la­tami. Więc szu­kaj­cie, aż znaj­dziecie. Nie idźcie na kom­pro­misy.

Jeśli dziecko coś kocha i ma do tego talent, to zwykle będzie w przyszłości po prostu szczęśliwsze pracując “w swojej dziedzinie”. Nie zostanie Lewandowskim? To może będzie wybitnym trenerem. Nie będzie drugą Abakanowicz? Może będzie wspaniałym designerem wnętrz. Najważniejsze, że będzie zadowolne, a do pracy będzie chodzić z uśmiechem…
Trwa ładowanie komentarzy...