Choroba dziecka to więzienie dla rodziców. W areszcie domowym spędzają nawet kilka tygodni w roku

Choroba dziecka potrafi uziemić rodzica w domu na kilka dni, tygodni czy miesięcy. Nie wychodząc z domu mają wrażenie, że wkrótce zwariują.
Choroba dziecka potrafi uziemić rodzica w domu na kilka dni, tygodni czy miesięcy. Nie wychodząc z domu mają wrażenie, że wkrótce zwariują. Fot. 123 RF
Tematy więzienne ostatnio na topie, więc i MamaDu.pl postanowiło dołączyć się do międzynarodowej dyskusji. Nie, nie będziemy zastanawiać się nad torturami, którymi traktowano więźniów Al-Kaidy. Mamy własne problemy, mianowicie więzienia, do których regularnie trafiają całe rzesze rodziców.

Truizmem jest jednak powtarzanie, że małe dziecko ogranicza wieczorne wyjścia z domu. Cóż, mając w domu niemowlaka, często karmionego piersią rzeczywiście trudno iść balować w pubie (chociaż jak widzimy w doniesieniach prasowych i tacy się zdarzają). Ale mając tak małe dziecko i dobry wózek, można zapakować do niego wszystkie potrzebne akcesoria i jeśli pogoda pozwala, udać się z nim w siną dal. A jak ma się samochód to już sprawa jest banalnie prosta.

Przedszkole przynosi więzienie
Mając jednak za sobą kilkuletnie doświadczenie w opiece nad dzieckiem, mogę z pełną stanowczością stwierdzić, że niedogodności niemowlęco-wózkowe są niczym w porównaniu z tymi momentami, gdy dziecko choruje. Wtedy jest się naprawdę uziemionym. Na długo.

Z reguły dzieci przez pierwsze lata swojego życia, aż tak często nie chorują, bo nie przebywają przez wiele godzin w dużych skupiskach ludzkich, gdzie nie trudno o koktajl z wirusów i bakterii. Gdy dziecko pójdzie do żłobka i do przedszkola, zaczyna łapać wszystko. A jeśli nawet trafił się egzemplarz odporniejszy, to choruje mniej, ale przecież też.


W takich sytuacjach zazwyczaj szeroko otwarte drzwi do domów znajomych z dziećmi czy sal zabaw oraz innych przybytków łaknących pieniędzy rozkochanych w swoich potomkach rodziców, są zamknięte przed dzieckiem z zielonym gilem na głucho.

Siedzisz w domu jak skazaniec, chociaż nic złego nie zrobiłeś. Nie możesz wyjść nigdzie, a nagle wszystko wydaje się fajne. Nawet na te koszmarne zebrania w przedszkolu człowiek chętnie by już poszedł. Przynajmniej by się miało pretekst do tego, by głowę umyć i pomalować rzęsy.

Ale... jak mówił onegdaj w zacnej restauracji u Roberta Sowy minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz, ch..., d... i kamieni kupa. Człowiek nigdzie nie idzie, bo nie ma z kim zostawić dziecka. Jedyna opcja to wizyta u lekarza.

Jedyna nadzieja na złapanie oddechu między sprzątaniem zasmarkanych chustek a wycieraniem zabrudzonej w wyniku problemów żołądkowych podłogi, jest w rodzinie. O ile mieszka blisko. Niestety, coraz częściej młodzi mieszkają wiele kilometrów od rodziców, najchętniej w Londynie (czy w ogóle jest takie miasto??? Lądek jest!!!). A wtedy namówienie babci czy dziadka na to, by „wpadła na godzinkę” popilnować wnuka jest z technicznych powodów niewykonalne. Ja choć nie mieszkam w Londynie babci swojego dziecka nie namówię, bo mieszka wiele kilometrów stąd. I co tu dużo mówić - znów dziś nie idę na siłownie. To już kolejny dzień z rzędu...

A gdzie jest w tym ojciec dziecka i czy nie może przejąć pałeczki opieki? W pracy oczywiście jest. Zaopiekować mógłby się pewnie. Gdyby mu się udało wrócić do domu o jakiejś przyzwoitej porze. Zresztą bez różnicy. Jak wróci wcześniej, to matka i tak nigdzie nie pójdzie (może trzeba jednak zrezygnować z tego karnetu na siłownię, bo szkoda kasy???), bo musi pracować.

Zwolnienie „na dziecko”, nawet jeśli są takie prawne możliwości (szczęściarze - etatowcy) nie wchodzi w grę, jeśli nie chcemy stracić roboty. Ale przecież można pracować w domu. Tyle, że przy chorym maluchu grozi to raczej obłędem, wzrastającą skłonnością do awantur, żądzą mordu (np. listonosza, który odrywa od pracy) i chronicznym niewyspaniem. Ale cóż, nikt nie powiedział, że będzie łatwo.

Wielodzietność skazuje na recydywę
Ale w gruncie rzeczy może nie ma co narzekać. Siłownia nie ucieknie, a zawsze można znaleźć tych, którzy mają gorzej. Na przykład matki wychowujące kilkoro dzieci. Jak jedno wyzdrowieje, zachoruje od niego drugie. I tak w kółko aż do wiosny. Recydywistki.

Zaprzyjaźniona mama dwójki chorowitych maluchów opowiadała kiedyś, że praktycznie nie wyszła z domu od listopada do lutego. Powód niemal bez przerwy chore dzieci. A kiedy im było już lepiej, padała sama, wydawało by się niezniszczalna, rodzicielka.

Sytuację dodatkowo komplikował fakt, że ojciec dzieci w tym czasie był na kilkutygodniowym szkoleniu za granicą. Jechać musiał, bo od tego zależała jego praca, awans i pieniądze. Mógł odpuścić? Niby, mógłby, ale na leki też trzeba jakoś zarobić. Samą miłością można żyć tuż przed dwudziestką, albo zaraz po.

Dramat „matek – karimatek”
Ale choć drobne choroby dzieci i związane z nimi uziemienie w domu bez możliwości wyjścia na zewnątrz wydają się w danym momencie dramatem, to nijak się mają do sytuacji matek, które miesiącami mieszkają w szpitalach doglądając ciężko chorych dzieci. I tu już nie ma co się ciskać ani żartować, bo to naprawdę koszmarny problem.

Choć w szpitalach są one wiele tygodni a czasami miesięcy, to też tygodniami nie wychodzą na świeże powietrze. Dobre szpitale pediatryczne takie jak Centrum Zdrowia Dziecka są tak ogromne, że wydostanie się z nich, by zaczerpnąć powietrza zabiera kilkanaście minut. Pod warunkiem, że człowiek się w nim nie zgubi. A na tak długo często nie można zostawić dziecka samego.

Legendy krążą o oddziale Patologii Noworodka w CZD, z okalającym go balkonem. Niby pięknie, ale balustradą jest wysoki mur, który zasłania widok z okien. W rezultacie wykorzystywany jest nie jako okno na świat, ale jako palarnię. Matkom pozostaje tylko patrzenie na niewielki skrawek nieba. Stąd zdarza się, że między sobą nazywają to miejsce Alkatraz.

PS: Moje dziecko po trzech tygodniach chorowania poszło wreszcie do przedszkola. Cisza taka, że aż bolą uszy. Ale jak ja za nim tęskniłam przez cały dzień...
Trwa ładowanie komentarzy...