"Największym problemem współczesnej szkoły są rodzice". Wywiad z Jackiem Żakowskim

Jacek Żakowski  jest obecnie publicystą i komentatorem tygodnika „Polityka”.
Jacek Żakowski jest obecnie publicystą i komentatorem tygodnika „Polityka”. fot. Wikimedia Commons / http://skroc.pl/7c04e
- Moim zdaniem nauczyciele byli problemem w szkole 10 czy 15 lat temu. Dziś problemem są rodzice, którzy przez to, że chcą dla swoich dzieci jak najlepiej robią dla nich jak najgorzej - mówi w rozmowie z portalem MamaDu.pl dziennikarz i publicysta, Jacek Żakowski.

Michał Dobrołowicz: W jednym ze swoich wystąpień powiedział pan niedawno, że różnego rodzaju sprzęty typu laptopy, smartfony, samochody tworzy się obecnie na 5 lat...

Jacek Żakowski: A człowieka tworzy się na 100 lat. (śmiech) A może nawet na 150 lat, kto wie? To jest duży problem: nie wiemy, komu służy szkoła i w jakim świecie będziemy jej używać. Moim zdaniem płynie z tego taki wniosek, że trzeba tak budować szkołę, żeby pomagała kreować fajnych, szczęśliwych i ciekawych świata ludzi. Dużo więcej im nie możemy dać.

Pana zdaniem głównym problemem szkoły jest niepewność związana z tym, jak świat będzie wyglądał za 5, 10, 20 lat?

Głównym problemem szkoły moim zdaniem są dziś rodzice, którzy od pokoleń chcą, żeby ich dzieci rozwijały się tak jak oni, szły ich drogą, albo żeby nie szły ich drogą, tylko żeby poszły drogą sąsiada, któremu się powiodło. A żadna z tych dróg dla tych dzieci nie jest dostępna, bo tempo zmian jest zbyt duże. Rodzice wywierają jednak ogromną presję na nauczycieli, aby ci pomagali odtwarzać im dobrze znane drogi. Niestety, te drogi już się kończą.

Moim zdaniem nauczyciele byli problemem w szkole 10 czy 15 lat temu. Dziś tak nie jest: mamy ogromną grupę znakomicie przygotowanych nauczycieli i pedagogów. Dziś problemem są rodzice, którzy tworzą tej szkole bariery rozwojowe, konserwują te bariery i przez to, że chcą dla swoich dzieci jak najlepiej robią dla nich jak najgorzej.


Wspominał pan niedawno, że według Pana największy kłopot nie tkwi w tym, że uczennica Marysia nie wie, czy słowo "który" pisze się przez "u" otwarte czy przez "ó" z kreską. Jak przekonać rodziców, że to nie jest największy problem, że może jest coś istotniejszego?

Może warto byłoby zacząć od zlikwidowania wielkiego, ogólnopolskiego dyktanda ortograficznego, które przypomina batalię narodową? Są rzeczy sto razy ważniejsze. Mam wrażenie, że utkwiliśmy w stabilnym, normatywnym społeczeństwie z przełomu XIX i XX wieku. Wtedy kształtowało się myślenie o edukacji. Pedagodzy już wiedzą, że to pułapka.

Wiemy, jak z niej wyjść, jesteśmy do tego intelektualnie przygotowani. Ale to ci nieszczęśni rodzice są problemem, bo oni wiedzą, jak to działa systemowo, mają informacje na ten temat. Ale gdy sprawa dotyka ich własnych dzieci, to oni wiedzą też, że test po prostu trzeba zdać. (śmiech)
Ocena w dzienniku jest istotna...

Moim zdaniem oceny są paranoicznie przeceniane. Mam małe dziecko i często oglądam z nim różne amerykańskie seriale, także te opowiadające o szkole. Tam szkoła prezentuje się zupełnie inaczej niż u nas: tam jest światem przygód, tam pojawiają się przedmioty typu science, gdzie miesza się biologię, chemię i fizykę a potem obserwuje się, jak to wszystko się łączy.

Mam wrażenie, że w polskiej szkole zupełnie odrębnie od siebie funkcjonują pani od chemii, pan od fizyki i pani matematyczka. Na dodatek, to, o czym opowiadają oni na lekcjach finalnie w nic się nie spina. Dzieci wielu rzeczy muszą uczyć się teraz na pamięć, a to im nie pomaga. Ile rzeczy pan pamięta z lekcji chemii w szkole?

Pamiętam, że były feromony... (śmiech)

To z biologii chyba? (śmiech) Ja pamiętam może 2 procent treści: pamiętam, że była tablica Mendelejewa i niewiele więcej i... żyję! Do tego myślę, że 98 procent społeczeństwa ma taki zasób wiedzy z przedmiotu, który był uczony kilka lat. Ale gdyby zmienić te oddzielne przedmioty przyrodnicze na science - na jeden duży przedmiot, to mogłoby mieć jakieś znaczenie.

Pana dziecko w poprzednim roku szkolnym chodziło do pierwszej klasy podstawówki, gdzie są oceny opisowe. Może właśnie taka ocena to jest jakieś narzędzie, żeby coś w polskiej szkole zacząć zmieniać?

To jest mądrość systemu edukacyjnego, który ewoluuje, bo ja w pierwszej klasie już miałem stopnie. Z tego, co widzę w szkole mojego dziecka rodzice chcą porównań miedzy uczniami. Można prowadzić długie rozmowy i tłumaczyć rodzicom, że stopień nie jest optymalnym rozwiązaniem, ale nastawienie na porównania czy nawet rywalizację nie ulega zmianie.

Wiem, że w późniejszych etapach edukacji oceny opisowe są też kłopotliwe dla nauczycieli, bo wymagają sporo pracy, żeby taką ocenę przygotować. Łatwiej jest postawić jakikolwiek stopień. Jednak wydaje mi się, że gdybyśmy w ogóle zrezygnowali ze stopni czy nawet z konieczności zaliczania wszystkich przedmiotów, mogłoby być lepiej.

Jak to mogłoby wyglądać w praktyce?

Zwykle uczeń chodzi na kilkanaście przedmiotów. Wyobrażam sobie sytuację, w której mówimy mu: jak zaliczysz 6 przedmiotów to przechodzisz. (śmiech) Wtedy otworzylibyśmy ludziom myślenie, że oni mogą się czymś innym zajmować. Społeczeństwo koszarowe już skończyło się, to był model w XX wieku w Prusach i Rosji Sowieckiej. To już za nami. Teraz trzeba zrobić tak, żeby system edukacyjny produkował ludzi do nowego społeczeństwa.

Jakie to będzie społeczeństwo?

Prawdopodobnie będzie to system właśnie społeczeństwa, a nie koszar. Kreacji a nie odtwarzania. Jak wiadomo nic specjalnie nie wzbogacił się od ciężkiej pracy machania łopatą. Czasem wystarczy mieć dobry pomysł, żeby zostać Billem Gatesem. Zmierzałbym w tę stronę.
Trwa ładowanie komentarzy...