Sześciolatki w szkole? Rodzice chcą sami o tym decydować

Karolina i Tomasz Elbanowscy już od kilku lat sprzeciwiają się wysyłaniu do szkół sześciolatków. Na zdjęciu wiec pod kancelarią premiera w 2011 r.
Karolina i Tomasz Elbanowscy już od kilku lat sprzeciwiają się wysyłaniu do szkół sześciolatków. Na zdjęciu wiec pod kancelarią premiera w 2011 r. Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta
– Generalnie każdy, kto ma do czynienia z dzieckiem w takim wieku, rozumie, że bez sensu jest wprowadzanie odgórnego nakazu posyłania dziecka sześcioletniego do szkoły – mówi w rozmowie z MamaDu.pl Karolina Elbanowska. I opowiada o tym, jak Fundacja Rzecznik Praw Rodzica stara się o to, by rodzice mogli sami decydować o tym, kiedy ich dziecko powinno rozpocząć naukę w szkole.

Joanna Świdecka: Kończy się zbieranie podpisów pod przygotowanym przez Fundację Rzecznik Praw Rodziców projektem ustawy „Rodzice chcą mieć wybór,” który zakłada, że to rodzice będą sami decydować o tym, czy dziecko pójdzie do szkoły w wieku sześciu czy siedmiu lat. Obecnie pod projektem podpisało się już ponad 100 tys. osób. To daje Wam prawo do złożenia projektu w Sejmie. Kiedy to zamierzacie zrobić?

Karolina Elbanowska, Fundacja Rzecznik Praw Rodziców : Póki co nadal zbieramy podpisy. Akcja kończy się 17 grudnia, gdy wszystkie głosy zaniesiemy do sejmu. Chcemy mieć zapas, bo podpisy będą bardzo skrupulatnie weryfikowane. A przecież może się zdarzyć, że ktoś błędnie wpisał swój PESEL. Nie chcielibyśmy, aby z tego powodu nasza ustawa przepadła.

Czy łatwo zbiera się podpisy pod tym projektem?

Taka inicjatywa wymaga determinacji wśród rodziców, a tej na szczęście nie zabrakło. Akcja ma coraz większy zasięg i dzięki temu też więcej osób się do nas przyłącza. Na przykład w ostatnim tygodniu przybyło nam prawie stu nowych koordynatorów regionalnych, którzy zbierają podpisy. Nie jest to szczególnie trudne, bo w Polsce nie brakuje osób, które mają negatywne doświadczenia z reformą obniżenia wieku szkolnego.


Na pewno łatwiej jest docierać z informacją do ludzi, kiedy w akcję angażuje się tyle osób znanych. Waszą inicjatywę popiera m.in. Kazik Staszewski, Joanna Brodzik czy Katarzyna Cichopek. Czy oni chętnie zaangażowali się w tę sprawę?

Wielu znanych rodziców popiera akcję od dawna. Magda Stużyńska, która w tej akcji zbierała z nami podpisy ma małe dzieci i chce mieć możliwość decydowania o ich edukacji. Tak samo Marcin Bosak. Natomiast Kazik Staszewski jest już wprawdzie dziadkiem, ale do poparcia nas przekonała go żona nauczycielka.

Generalnie każdy, kto ma do czynienia z dzieckiem w takim wieku, rozumie, że bez sensu jest wprowadzanie odgórnego nakazu posyłania dziecka sześcioletniego do szkoły. Dzieci w tym wieku są na różnym poziomie emocjonalnym i nie wszystkie poradzą sobie z siedzeniem w ławkach i nauką. A mało jest szkół, które są dostosowane do edukacji tak małych dzieci.

No właśnie największy problem z sześciolatkami polega chyba nie na tym, że się uczą, tylko na tym, w jakich odbywa się to warunkach. Przecież w przedszkolu dzieci też się uczą, ale nikt nie protestuje.

Sposób wprowadzania tej reformy całkowicie skompromitował pomysł obniżania wieku szkolnego. Kiedyś dzieci literek i czytania uczyły się w przedszkolu. Nauka odbywała się przez zabawę w przyjaznej dla dzieci atmosferze. Jednak z chwilą wprowadzenia nowej podstawy programowej, z przedszkoli wycofano edukację liter. To bardzo poważny błąd, bo nauka przez zabawę w której nauczyciele przedszkolni mają ogromne doświadczenie, przynosiła lepsze efekty, niż sadzanie 6latków w ławkach.

Dlaczego nauka w szkole nie może wyglądać tak, jak wyglądała w przedszkolu?

Teoretycznie powinna, bo wprowadzając reformę przecież obiecywano, że klasy będą małe, a nauka będzie odbywała się przez zabawę. Niestety ambitne założenia nijak się mają do szkolnej rzeczywistości.

Dziś MEN wycofuje się nawet z obiecanego ograniczenia liczby uczniów w klasie. A do tego w szkolnych salach jest często za mało miejsca. Nawet jeżeli szkoła kupiła dywan do sali dla sześciolatków, to dzieci nie mogą na nim usiąść, bo zazwyczaj leży pod ławkami. Na korytarz też nie mogą wyjść, bo przecież przeszkadzaliby innym.

Nauczyciele szkolni nie mają praktyki w pracy z o rok młodszym dzieckiem. Ministerstwo zamiast szkoleń zorganizowało kilka konferencji. Inną sprawą jest zorientowanie szkół na wyniki. Dyrektorzy szkół często oczekują od nauczycieli, że szkoła będzie miała dobrą średnią w testach. Wtedy nie ma już czasu na spacery, wycieczki, bo dzieci siedzą w ławkach, żeby zrealizować cały „testowy” materiał. Do tego dochodzą prace domowe, które dla 6latka są jak kara po kilku godzinach siedzenia na lekcjach i na świetlicy.

Czy dziecko, które pójdzie do szkoły wcześniej i ma kłopoty z adaptacją, jest w stanie w kolejnych latach to wszystko nadrobić?

Bywa różnie. Niestety często te problemy się wręcz potęgują. Najgorzej jest jednak, kiedy dziecko trafia do klasy czwartej, zaczyna się nauka przedmiotów przez różnych nauczycieli, a program jest tak przeładowany, że wiele starszych dzieci sobie z nim nie radzi. Poza tym, w klasie czwartej nauczyciele już tak bardzo nie interesują się tym, czy dziecko poszło do szkoły wcześniej tylko wymagają od wszystkich tyle samo. Rodzice opowiadają o codziennym ślęczeniu nad biurkiem do godziny 22.

Czy wierzy Pani w to, że Wasz projekt nie przepadnie w Sejmie. Do tej pory inicjatywy społeczne przepadały.

Mamy nadzieję, że rząd wreszcie zacznie słuchać rodziców. My też przecież nie chcemy zbyt wiele. Nie żądamy wycofania się z tej reformy. Chcielibyśmy tylko, by to rodzice, którzy przecież znają swoje dziecko najlepiej, mogli decydować o jego szkolnym losie.
Trwa ładowanie komentarzy...