"Mamo, co to jest peeling do ust?"czyli jak dzieciaki pomogły stworzyć kosmetyczny sukces

Stworzyła kosmetyki, które podbiły rynek, a Polki je pokochały. Nie tylko odniosła sukces. Spełniła marzenie i wykreowała coś, co jest zgodne z jej filozofią i stylem życia. Swój nieduży udział w tym przedsięwzięciu miała trójka jej dzieci. Teraz Magda Hajduk-Naklicka i jej marki Pat&Rub oraz Naturativ mogą stać się kolejną "kosmetyczną" dumą narodową. Od roku z powodzeniem podbijają zagraniczne rynki. Powtórzą sukces Inglota i Ireny Eris?

Jedni je kochają i nie mogą się bez nich obejść. Inni mówią, że to po prostu nowy sposób na wyciągnięcie pieniędzy z kieszeni. Jak to jest z tymi kosmetykami naturalnymi? Skąd ten fenomen?

Magda Hajduk-Naklicka: To po prostu jedna ze ścieżek wyboru. Tak samo, jak szukamy zdrowego i nieprzetworzonego jedzenia - tak samo liczy się, że kosmetyk jest zrobiony z naturalnych substancji. Dla mnie, osobiście, to pewna filozofia życiowa. Używanie kosmetyków naturalnych sprawia mi przyjemność - i ze względu na ich zawartość, i ze względu na to, jak traktują środowisko.

W naturalnym kosmetyku są głównie oleje roślinne, masła i ekstrakty z roślin. To surowce bardzo aktywnie działające, bardziej wartościowe niż tanie surowce stosowane w , konwencjonalnych kosmetykach. Ich przewaga polega na tym, że są pozyskiwane w procesie tzw. zielonej chemii - czyli w prostych procesach fizycznych, jak wyciskanie, wytłaczanie. Podobnie jak z żywnością: są jak najmniej przetworzone.
Eko certyfikaty, które otrzymujemy, świadczą nie tylko o wszystkim co wkładamy do tubki czy słoika, ale też o tym jak przebiega nasz proces produkcji i czy nie pakujemy produktów w nadmiar opakowań, wkładając na przykład dużą butelkę w duży kartonik i produkując niepotrzebnie więcej śmieci.

A więc, tak bardzo prosto: co wkładacie do tej tubki i skąd to się bierze?

Surowce do produkcji kosmetyków w większości nie są z Polski, niestety. Mamy silny przemysł kosmetyczny, ale składników musimy szukać po całym świecie. Wiele z nich pochodzi z egzotycznych zakątków, np. szafran i kurkumę sprowadzamy z Bliskiego Wschodu, masło mango z Indii, olej arganowy z Maroka a olejek z róży damasceńskiej jest z Bułgarii. Duża część naszych dostaw pochodzi od niewielkiego producenta, który ma plantację w Hiszpanii. Prowadzi uprawy w kilku wioskach, które wytwarzają tylko dla niego. Stworzył całą społeczność, okoliczni rolnicy z tego żyją.


To są ekologiczne uprawy. Dla naszego, świętego spokoju sprawdzamy, czy wszystkie mają eko certyfikat. Ale żeby go uzyskać, trzeba niemało zapłacić. I zdarza się, że tych mniejszych - np. polskich producentów ekstraktów z żurawiny - zwyczajnie na to nie stać. Wtedy my kontrolujemy proces produkcyjny, sprawdzamy co i jak powstaje, skąd się bierze to i to, co tam się wkłada....

I to naprawdę ma aż takie znaczenie?

Tak. W kosmetykach możemy użyć na przykład oliwy z oliwek z eko certyfikatem - albo takiej bez. Na czym polega różnica? Otóż w tej drugiej mogą być np. chemiczne domieszki, które utrzymują się nawet do pięciu lat. Ta pierwsza może być kilkukrotnie droższa. Podobnie jest z pestycydami w glebie. Dlatego my bierzemy surowce od stałych dostawców, z certyfikowanych upraw.

Osiem lat temu, kiedy startowaliśmy z kosmetykami Pat&Rub, ta baza surowców była skromna. A tych z eko certyfikatem już w ogóle było niewiele. Dlatego zaczynaliśmy od produktów do ciała: w ich wypadku wszelkie masła i oleje roślinne, które łatwo pozyskać, świetnie sprawdzają się w roli naturalnych nawilżaczy. Nie potrzeba zbyt wielu substancji aktywnych. W tej chwili kosmetyki naturalne to cały potężny przemysł. W Niemczech stanowią już 20 proc. rynku. Więc i surowców, z których możemy korzystać, jest dużo, dużo więcej.
Macie certyfikatora, który czuwa nad „naturalnością” kosmetyków?

Tak. Certyfikujemy się w takiej prestiżowej organizacji, która nazywa się NaTrue. Są też inne certyfikaty np. Ecocert.

Spośród 80 naszych produktów, eko certyfikat ma w tej chwili 35 kosmetyków. Każdy z nich jest szczegółowo analizowany: jego skład, każdy pojedynczy surowiec, cały nasz proces produkcji. Raz na dwa lata przechodzimy audyt i jesteśmy szczegółowo kontrolowani. Certyfikator przyjeżdża i sprawdza: czy wszystko, co deklarujemy, jest faktycznie zgodne z rzeczywistością?

Dużo w tym papierkowej roboty...

(śmiech) Na szczęście potrafią zaglądać do systemów komputerowych.

To chyba nie jest tania impreza, prawda?

Oj, zdecydowanie nie. Surowce są bardzo drogie. Ekologiczny olej z oliwek, winogron albo słonecznikowy jest kilkukrotnie droższy, niż ten zwyczajny. Certyfikacja też sporo kosztuje. Podobnie jak konieczność utrzymywania współpracy ze stałymi, sprawdzonymi dostawcami. Nie możemy szukać, gdzie taniej. I ostatnia rzecz: nie używamy tanich wypełniaczy używanych w konwencjonalnych kosmetykach. Krem składa się w większości z wody, olejów i składników aktywnych. W zwykłych, konwencjonalnych kosmetykach - zamiast olei roślinnych – jest parafina albo olej mineralny, jako taki „tłusty” składnik bazowy. One są bardzo tanie, ale daleko im do naturalności.
A eko certyfikaty sporo kosztują, ale czy cokolwiek dają? Właściwie komu i do czego to jest potrzebne?

Czy one generują jakąś ekstra sprzedaż? Hmm, gdybyśmy chcieli zostać tylko na polskim rynku, sprawa stałaby pod znakiem zapytania. Ale wchodzimy z nową marką, Naturativ, na rynki zachodnie - i tam eko certyfikat jest absolutna podstawą. Teraz właśnie zaczynamy eksportować do Szwajcarii - i z całej oferty Szwajcar poprosił wyłącznie o te kosmetyki, które są certyfikowane.

Ci, którzy nas znajdują, np. w internecie czy na targach kosmetycznych - znajdują nas dlatego, że produkujemy kosmetyki naturalne. Zachwycają się naszymi zapachami, konsystencjami ale to nie zmienia faktu, że chcą przede wszystkim naturalności. Na rynku jest tyle kosmetyków, które mówią o sobie „eko”, że certyfikat jest jedynym sposobem na udowodnienie tego.

Rynek kosmetyczny w Polsce jest całkiem spory. Jest w czym wybierać. Jak udało się wejść, szybko odnieść sukces i ugryźć dla siebie kawałek tortu?

Ten rynek jest bardzo zapchany. Kiedyś, przypadkiem dowiedziałam się, że mamy w Polsce 1,2 tys. marek kosmetycznych. To chyba nie jest precyzyjna liczba, ale ktoś zadał sobie trud, aby mniej więcej to policzyć. Ale ja chciałam stworzyć kosmetyki, których nie mogłam u nas znaleźć. Co prawda, mamy dużo wszystkiego - ale nie mogłam znaleźć takich, których naprawdę chciałabym używać.

Zawsze, kiedy jechałam na Zachód, z ciekawością oglądałam kosmetyki niedostępne u nas, w Polsce. Najbardziej interesowały mnie te naturalne - choć wtedy jeszcze do końca nie rozumiałam , co to oznacza. Proste w składach, zawierające wyciągi roślinne, bez substancji chemicznych.i ropopochodnych. Bio, eko. To była moja mała fascynacja. Ale później stwierdziłam, że kiedy już mam w ręku taki kosmetyk, który do mnie przemawia swoją naturalnością - to on niekoniecznie jest przyjemny w używaniu. Często był „toporny”, nieprzyjemny.
Pomyślałam: dlaczego nie zrobić takich, które są i naturalne i znakomite? Przyjemne w stosowaniu? I wtedy postanowiłam je sama wyprodukować. Porwałam się trochę z motyką na słońce, bo mamy już w Polsce silny przemysł kosmetyczny. Ale pomyślałam, że skoro rynek jest taki rozwinięty, to na pewno jest zaplecze, mamy znakomitych technologów....

A Pani czym zajmowała się wcześniej?

Badaniami rynku i marketingiem...

Czyli nie jest pani jak Irena Eris, która siedziała w kuchni po nocach i majstrowała swój pierwszy krem?

(śmiech) Nie. Moja wiedza ograniczała się do obserwacji rynku kosmetycznego. Zaczęłam dokładnie przyglądać się kosmetykom, rozszyfrowywać ich składy i dopiero później - przypadkiem, przez znajomych - poznałam panią technolog, Zuzannę Kalman. Nie dość, że jest świetna w swoim fachu, to jeszcze niesamowicie uparta i ambitna. I udało mi się ją przekonać do współpracy.

Wyjaśniłam, czego oczekuję: naturalnych kosmetyków, które będą też aktywne w działaniu i cudowne Pokazałam jej wytyczne Ecocertu: z czego taki kosmetyk, może być zrobiony, co może zawierać, czego nie... To było jakieś 70 stron. I dodałam, że mają być jeszcze efektywne i bardzo przyjemne w używaniu. Jej pierwszą reakcją, kiedy opowiedziałam o swoim pomyśle było: „pani Magdo, pani chyba zwariowała”. Ale udało się.

Polki pokochały naturalne kosmetyki?

Myślę, że tak. Są coraz bardziej popularne. Natomiast wciąż rynek kosmetyków naturalnych jest u nas wielokrotnie mniejszy, niż w Europie Zachodniej.
Poza tym, to olbrzymia przyjemność, kiedy ktoś zachwyca się kosmetykami z Polski. I wcale nie z tej najniższej półki. Zawsze pierwszym kierunkiem eksportu była Rosja, Białoruś Ukraina. A my zaczynaliśmy od Japonii, Luksemburga, Szwajcarii....
Mówi się, że każda marka musi być jakaś. Jaka jest Pat&Rub? Poza tym, że naturalna oczywiście.

My mówimy: 100% natury, przyjemności i nowoczesności. Czyli Pat&Rub jest nie tylko naturalna, ale i nowoczesna. Komponujemy kosmetyki tak, by faktycznie działały. Nie boimy się aktywnych, nowoczesnych substancji ani nowości. No, i musi być ta przyjemność (śmiech). Aromat, konsystencja i znakomite wchłanianie - żeby nie było zastrzeżeń co do właściwości organoleptycznych (śmiech). Potrafimy przez rok szukać zapachu dla nowego kosmetyku. Jeśli zapach nam się spodoba, ale nie jest w pełni naturalny - prosimy „nosy” o jego odtworzenie w wersji eko.

Współpracujecie z „nosami”? Myślałam, że to domena głównie dużych, luksusowych marek parfumiarskich?

Własnych „nosów” nie mamy. Ale współpracujemy z producentami i dystrybutorami, którzy je mają. I korzystamy z ich usług.

Da się wykreować markę tylko w internecie i kanałach społecznościowych?

Da się, aczkolwiek nam bardzo pomogła również obecność na półkach Sephory.
Kilka lat temu, kiedy pojawiliśmy się na rynku, mieliśmy duże szczęście. W Sephorze trwało akurat poszukiwanie tzw. „marek na wyłączność”. Patent, który przetestowali za oceanem i tam świetnie się sprawdził. I Pat&Rub jest właśnie taką marką na wyłączność w Sephorze. W pierwszym okresie działalności okazało się to bardzo pomocne.

Pat&Rub i Naturativ, który wchodzi na zachodnie rynki, są tym samym?

To dokładnie te same kosmetyki. Nazwa Pat&Rub została wymyślona przypadkiem. Agencja, która tworzyła dla nas opakowania kosmetyków, zapytała czy może stworzyć nazwę dla produktu. Powstało ich kilka, ale odpadły z prozaicznego powodu: okazało się, że nie było już domen (śmiech). Sytuacja była nieco patowa. I nagle ktoś rzucił Pat&Rub – z angielskiego pat oznacza smarować, a rub wcierać. To miało znaczenie! Ale później okazało się że nazwa Pat&Rub bywa niezrozumiana - nawet przez osoby, które znają angielski.

I kiedy nasza japońska dystrybutorka znalazła Pat&Rub na targach kosmetycznych, dostała próbki i się zachwyciła. Natomiast opakowania i nazwa - nie bardzo jej się spodobały. Wiadomo, że rynek azjatycki jest specyficzny. Duże marki produkują specjalne serie właśnie dla tamtejszych klientów. Ja wiedziałam, byłam pewna, że to są świetne kosmetyki do zamożnych krajów. Bo cena nie będzie grała roli, natomiast ich naturalność - już tak. Głupio byłoby polec tylko z powodu nazwy, mając naprawdę świetne produkty.
Więc zdecydowałam się na ryzykowny krok, czyli zmianę nazwy i opakowań. Pokazałam efekt naszej Japonce i to był strzał w dziesiątkę. Projekt okazał się świetny, przyjął się w Japonii i spodobał się na kolejnych rynkach.
To teraz trochę z innej beczki: na ogół kobiety, z którymi rozmawiam, a które prowadzą swój własny biznes, są zwykle zgodne co do jednego. Założyć firmę, dbając jednocześnie o dom i rodzinę, jest szalenie ciężko. Pani potwierdzi?

I tak, i nie. Czy mieć rodzinę i jednocześnie pracować zawodowo jest ciężko? Nie chce tego tak jednoznacznie rozstrzygać. Owszem, nie jest lekko - ale przecież kobiety powinny się rozwijać, pracować. Niezależnie od tego, czy wychowują dzieci czy nie.
Z własną firmą jest lżej o tyle, że jestem w większym stopniu panią swojego czasu. Mam trójkę dzieci i odnoszę wrażenie, że mogę z nimi być częściej i dłużej, niż moje koleżanki, które pracują w korporacjach. Sama układam swój kalendarz. Tak więc organizacyjnie jest łatwiej, za to jest dużo więcej stresów.

Pat&Rub traktuje Pani jak "czwarte dziecko"?

Zdecydowanie! To coś, co tworzyłam i obserwowałam od narodzin, po czas rozkwitu i transformację w nową markę, Naturativ. Choć oczywiście nie jest tak ważne, jak dzieci. Firmę zawsze można zostawić, zapewniając jej rozwój i dobrą przyszłość. Z dziećmi nie jest już tak łatwo (śmiech)...
Zgaduję, że dzieci były pierwszymi testerami Pat&Rub? Mają jakieś swoje ulubione?

Chłopcy używają szamponów, odżywek, żeli do mycia, choć dziwią się, że istnieje aż tyle innych kosmetyków. Ale chyba tak to już jest z chłopcami (śmiech). Kiedyś jechaliśmy z synem samochodem, ja akurat prowadziłam jakąś rozmowę o nowym produkcie. Kiedy skończyłam, on zapytał, taki naprawdę zdziwiony: "mamo, jak można wymyślić coś takiego jak peeling do ust?".

Za to moja córka bardzo chętnie testuje, ogląda i wącha wszystko. Zresztą, to ona jest autorką grafik, które są na opakowaniach naszej serii rodzinnej Sweet by Pat&Rub. Graficzka, którą poprosiliśmy o stworzenie ilustracji, stwierdziła, że najlepiej podoła temu dziecko i koniecznie trzeba jakieś znaleźć. Padło na moje (śmiech). Ada miała wtedy jakieś 4 latka, poprosiłam żeby narysowała rodzinę. A ona, jak to dziecko, odpowiedziała: "mamo, teraz mi się nie chce!". I skończyło się tak, że musiałam uciec się do małego podstępu i poprosić o pomoc panie w przedszkolu. Ale na koniec była dumna!
Wciąż mam ten rysunek w biurku...

Może powinna go Pani oprawić?

Racja, chyba pora kupić jakąś ramkę, wyciągnąć go z szuflady i oprawić. To najlepszy dyplom.
Trwa ładowanie komentarzy...