"Nie miałabym ochoty wrócić do szkoły. Nie, nie!". Wywiad z aktorką, Magdaleną Stużyńską

Magdalena Stużyńska specjalnie dla MamaDu: o 6-latkach w szkole i swoich szkolnych wspomnieniach.
Magdalena Stużyńska specjalnie dla MamaDu: o 6-latkach w szkole i swoich szkolnych wspomnieniach. fot. printscreen / youtube.com/watch?v=Y_dKSzJpYFQ
- Nie jesteśmy w stanie uwolnić się od pustych kalek, które przekazują nam rodzice - mówi w rozmowie z Michałem Dobrołowiczem aktorka, matka dwóch synów i ambasadorka kampanii "Tu i teraz pokonajmy raka piersi" Magdalena Stużyńska. Rozmawiamy o obecności w szkole 6-latków, o tym, jaka Magdalena Stużyńska była jako dziecko-uczennica oraz o tym, co aktorka o szkole mówi swoim dzieciom.

Michał Dobrołowicz: W jakim wieku pani poszła do szkoły? To było chyba niedawno...



Magdalena Stużyńska: (śmiech) Faktycznie, niedawno. (śmiech) Miałam 7 lat, gdy poszłam do pierwszej klasy. Nie chodziłam do przedszkola, byłam w domu, bo moja mama nie pracowała. Poszłam za to do zerówki, która znajdowała się w siedzibie przedszkola. I ponieważ tam szybko nauczyłam się czytać i pisać, to moja wychowawczyni zaproponowała, żebym poszła od razu do drugiej klasy. Pamiętam, że moi rodzice nie chcieli się na to zgodzić, ponieważ nie chcieli mi zabierać dzieciństwa. Nigdy nie żałowałam tej decyzji rodziców.

To przełożyło się na decyzje dotyczące pani synów?

Ja mogłam wybierać, czy mój syn pójdzie do szkoły jako 6-latek czy jako 7-latek. Zdecydowałam się na tę drugą opcję, bo mam wrażenie, że nie każde dziecko jest na tyle dojrzałe, aby w wieku 6 lat rozpocząć naukę w szkole. Może zabrzmi to feministycznie i niepoprawnie politycznie, ale mam wrażenie, że dziewczynki w tym wieku są dojrzalsze społecznie i szybciej adaptują się do nowych warunków. Trzeba pamiętać też o tym, że wiele dzieci nie jest wtedy wystarczająco dojrzałych psychicznie, żeby pełnić rolę ucznia. Do tego dochodzi fakt, że szkoły w Polsce są niedoinwestowane, przez co dzieci muszą często uczyć się w przepełnionych klasach, w systemie zmianowym. Widać to w raporcie kampanii "Ratuj maluchy". Szkoły powinny być przygotowane na przyjęcie nawet takich małych, delikatnych dzieci.

Do tego dochodzi fakt istnienia podstawy programowej, która przerasta możliwości 6-latka. Ja pamiętam, że w pierwszej klasie, gdy byłam dzieckiem piszącym, musiałam uczyć się kaligrafii. I do dzisiaj na palcu dłoni mam dużą kulkę, która została mi po tym, jak z trudem uczyłam się pisania piórem. Trzeba sobie przypomnieć, że mała rączka dziecka nie jest na tyle sprawna, aby poradzić sobie z takim wyzwaniem. Moim zdaniem, jeśli 6-latki miałyby zaczynać edukację, to tylko w formie zabawy.

Rozumiem, że jest pani zadowolona ze swojej decyzji - z tego, że pani syn do szkoły poszedł w wieku 7 lat?

Tak, jestem zadowolona, bo widzę że w tym wieku różnica miedzy dzieckiem 6-letnim a 7-letnim to prawdziwa przepaść. Kilku kolegów mojego syna z przedszkola, które poszły z nim do szkoły miało w związku z tym dużo problemów. Nie mieli momentu na adaptację, oni przeskoczyli prosto w naukę. I w jakiś sposób to odchorowali. Za szkoły odpowiadają samorządy. W co trzeciej gminie w Polsce nie ma przedszkoli. I w takiej sytuacji samorządy nie są w stanie pewnych rzeczy przeskoczyć, bo nie mają pieniędzy na to, żeby prowadzić lekcje w mniejszych grupach i uruchomić więcej grup zajęciowych.
Ale z drugiej strony pojawiają się przykłady z zagranicy. Mam rodzinę w Anglii i mój 5-letni siostrzeniec już poszedł do szkoły. Powtórzę: pięcioletni! A my tu dyskutujemy o sześciolatkach...

Ja z tym się zgadzam, tylko że tam to jest dobrze przygotowane. Moim zdaniem nasz kraj na taką reformę nie jest przygotowany w odróżnieniu choćby od Wielkiej Brytanii. Myślę, że tam pójście 5-latków do szkoły nie jest dla nich aż takim stresem jak u nas. Podam konkretny przykład. W miejscowości obok której mieszkam w szkole podstawowej są klasy do F i są dzieci, które do szkoły przychodzą na 15:30. Jak dziecko może się czegoś nauczyć, jeśli przyjeżdża do szkoły, do świetlicy, na 7:30, a lekcje zaczyna dopiero popołudniu i wieczorem wraca do domu bardzo zmęczone.

To teraz powspominajmy. Jaką pani była uczennicą?

Ja byłam super uczennicą przez całą klasę podstawową i dostałam nawet złotą tarczę na koniec ósmej klasy. Ale to wszystko się zmieniło w momencie, gdy poszłam do liceum. To była szkoła, która wydawała mi się bardzo fajna, bo miała autorski pomysł nauczania. W praktyce polegało to na tym, że w pierwszej klasie nie byliśmy profilowani. Moja klasa została klasą ogólną, a mnie to nie pasowało. Bo ja wiedziałam, że muszę być w klasie humanistycznej, bo tam w drugiej klasie kończyły się lekcje chemii i to przeważyło (śmiech).

Do tego dosyć szybko skrystalizowały się moje pasje i plany teatralne, chodziłam do ogniska teatralnego państwa Machulskich przy Teatrze Ochoty. Miałam tak wiele zajęć, że szybko doszłam do wniosku, że szkoła mnie nudzi.

Był ulubiony przedmiot?

Ja generalnie nie miałam problemów z przedmiotami humanistycznymi. Inaczej było z przedmiotami ścisłymi, których po prostu postanowiłam się nie uczyć, stałam się wtedy bardzo nonszalancka. Może dlatego, że wiedziałam, że takimi przedmiotami w życiu nie chcę się zajmować? Moja wychowawczyni wpadła wtedy na świetny pomysł przyznania mi indywidualnego toku nauczania, bo miałam wtedy pierwsze sukcesy w ognisku teatralnym i w konkursach recytatorskich. Gdy nauczyciele dowiedzieli się o moich planach życiowo-zawodowych, zaczęli modyfikować moje szkolne zadania. Na lekcji wiedzy o społeczeństwie na przykład dodatkowo przygotowywałam coś w rodzaju biogramów znanych aktorów.

Pamiętam poza tym, jak do piątej nad ranem uczyłam się chemii organicznej. Ale ostatecznie dostałam z niej tróję z plusem (śmiech).
Najśmieszniejsze wspomnienie ze szkoły?

Pamiętam, jak z moją przyjaciółką miałyśmy sporo głupich pomysłów. Zamieniałyśmy się na przykład swoimi ubraniami w toalecie i na prawie każdą lekcję przychodziłyśmy w różnych ubraniach. Miałyśmy z tego fajną zabawę.

Miałaby pani ochotę wrócić choć na chwilę do szkoły?

Nie, nie i jeszcze raz nie!

Dlaczego nie? Przecież nawet te wspomnienia o chemii organicznej brzmią fajnie.

Miałam w szkole kilka dobrych koleżanek, miałam kilku fajnych nauczycieli. Mimo że jestem matołem jeśli chodzi o przedmioty ścisłe, to miałam świetną panią od fizyki. Była piękna kobietą, patrzyłam w nią na lekcji jak w obraz, słuchałam jej bardzo uważnie. Do dziś pamiętam kilka fizycznych paradoksów, na przykład taki, że ruch zaczyna się w chwili spoczynku. Ale żadnego zadania z fizyki już nie jestem w stanie rozwiązać (śmiech). Mimo wszystko nie miałabym ochoty wracać do szkoły.

Dla mnie szkoła była trochę jak obóz przetrwania: wiedziałam, że muszę ją przejść, że muszę być cierpliwa. To wynikało z tego, że ja wcześnie wiedziałam, co chcę robić w życiu. W liceum chciałam iść już do pracy (śmiech).

W jaki sposób wykorzystuje pani swoje szkolne doświadczenia opowiadając o szkole swoim synom?

Widzę, że wszystkie mądrości o szkole, które moi rodzice kładli mi do głowy, które traktowałam jak puste słowa, historie o tym, że to, co teraz zasieję to potem zbiorę, że gdy jestem w szkole to najlepiej pracuje mój mózg, puszczałam wtedy mimo uszu. A teraz powtarzam te słowa mojemu starszemu synowi, który już chodzi do szkoły. Nie jesteśmy w stanie uwolnić się od różnych kalek, które rodzice nam zapisują. Zawsze ogarnia mnie pusty śmiech, jak słyszę siebie powtarzającą słowa moich rodziców: "Żebyś potem nie miał do mnie pretensji, że nie kazałam ci się uczyć". (śmiech)

Magdalena Stużyńska jest ambasadorką kampanii miesiecznika "Vita" "Tu i teraz pokonaj raka piersi". W ramach kampanii trwają działania w kierunku otwarcia Breast Cancer Unit - tak nazywają się nowoczesne, specjalistyczne kliniki leczenia raka piersi. Więcej informacji o Breast Units znaleźć można na stronie interetowej: www.rakpiersi.org.pl

Trwa ładowanie komentarzy...