Rodzicu, ty też idź do "zawodówki"

Lepiej mieć konkretny zawód, niż z dyplomem rejestrować się w pośredniaku
Lepiej mieć konkretny zawód, niż z dyplomem rejestrować się w pośredniaku fot.MoToMo /http://bit.ly/1shOfVR CC BY 2.0 /http://bit.ly/1rRyEZO
Rząd zapowiada, że bierze się na poważnie za walkę z bezrobociem młodych. W jaki sposób? Namawiając uczniów, by częściej decydowali się na kształcenie w szkołach zawodowych.

Premier Ewa Kopacz zapowiedziała, że do 2020 r. na promocję szkół zawodowych i zmiany w ich sposobie kształcenia, zostanie przeznaczonych 800 mln euro. Pieniądze te pójdą m.in. na stworzenie interaktywnej mapy najlepszych szkół zawodowych i badania dotyczące przyszłości rynku pracy. Ale zdecydowana większość to pieniądze z przeznaczeniem na odbudowę szkół wyższych i stworzenie nowego systemu nauczania. Będą bezpłatne podręczniki, a młodzież zdobędzie zawodowe szlify w konkretnych firmach, a nie w przyszkolnych warsztatach.

Brakuje fachowców

Zachęcanie młodych do tego, by uczyli się konkretnego fachu, jest pomysłem, który należy popierać. Co roku agencja doradztwa personalnego Manpower publikuje listę zawodów deficytowych. Wynika z niej, że zarówno w Polsce, jak i całej Europie, brakuje przede wszystkim wykwalifikowanych fachowców.

Widać to także po stawkach. Zaproszenie do domu hydraulika czy glazurnika, wiąże się wydatkiem co najmniej kilkuset złotych. Nawet jeśli jest to drobna naprawa, trzeba na nią wydać co najmniej sto złotych, bo u fachowca podstawową jednostką monetarną jest właśnie stówa.


Ale, choć wszyscy to wiemy, nie chcemy, by nasze dzieci uczyły się w zawodówkach. Mając jedno, góra dwoje dzieci marzymy dla nich o karierze lekarza, inżyniera czy prawnika. Płacimy za drogie studia, a potem ubolewamy, że dziecko długo nie może się usamodzielnić i ciągle żyje na garnuszku rodziców.

Młodzi też mają pretensje. W opublikowanym niedawno przez fundację „Energia dla Europy” raporcie dotyczącym bezrobocia młodzieży czytamy o tym, że mają żal do swoich rodziców, że ci od najmłodszych lat im tłumaczyli, że kluczem do dobrej pracy jest wyższe wykształcenie. Dziś jest to prawda aktualna przede wszystkim dla tych, którzy ukończyli studia techniczne. Absolwenci uniwersytetów i wyższych uczelni ze swoimi dyplomami sprzedają dziś w sklepach lub na zleceniach w agencjach pracy tymczasowej. I rezygnują z rodzicielstwa, bo na dzieci ich nie stać.

Nie musi tak być

Są jednak sposoby dla bezrobotnych rodziców i nie tylko, by wyrwać się z zaklętego kręgo długotrwałego pozostawania bez pracy. Kto powiedział, że mając 25 + , 30 + czy nawet więcej lat i dyplom wyższej uczelni w kieszeni, nie można zdobyć konkretnego fachu? Można i coraz więcej osób tak robi.

Dyrektor jednego w urzędów pracy w dużym mieście opowiadał mi niedawno, że coraz częściej przychodzą do niego absolwenci i proszą o skierowanie na kurs bukieciarstwa, spawania czy obsługi wózka widłowego. Wiedzą, że jest to sposób na znalezienie pracy.

A co z ambicjami? Na to jeszcze przyjdzie czas, bo ten, kto ma dyplom w kieszeni, nie będzie całe życie pracował tylko fizycznie. Większość tych osób po zdobyciu doświadczenia i zapoznania się ze specyfiką branży, zakłada własne firmy. I jeśli nadal będzie musiał czasami układać kafelki czy naprawiać kran, to zupełnie inaczej się to robi, gdy pracuje się „na swoim.”
Trwa ładowanie komentarzy...